Mundial to dla klubów przede wszystkim kilka tygodni nerwowego patrzenia, czy ich piłkarze wrócą zdrowi. FIFA próbuje osłodzić ten stres pieniędzmi. I choć nie są to kwoty, od których księgowi na Camp Nou zaczną tańczyć na stołach, mówimy o całkiem solidnym przelewie.
Najwięcej spośród hiszpańskich klubów dostanie FC Barcelona – około 3,9 miliona dolarów. To drugi wynik w całym zestawieniu, ustępujący jedynie Manchesterowi City. Trudno się dziwić: Barça wysłała na turniej sporą delegację, a aż ośmiu jej zawodników dotarło do finału.
System jest banalny. FIFA płaci klubom za każdy dzień, podczas którego zawodnik pozostaje do dyspozycji reprezentacji. Stawka wynosi mniej więcej pięć tysięcy dolarów dziennie za piłkarza, licząc od obowiązkowego terminu zwolnienia na zgrupowanie aż do dnia po ostatnim meczu jego kadry. Im dłużej reprezentacja gra, tym bardziej zadowolony klubowy skarbnik.
Na drugim miejscu w La Lidze znalazło się Atlético Madryt, które ma otrzymać około 3,2 miliona dolarów. W skali całej Europy daje to szóste miejsce. Diego Simeone może więc przez chwilę zapomnieć, że turnieje reprezentacyjne zabierają mu zawodników, męczą ich i czasami oddają w stanie wymagającym wizyty u kilku lekarzy.
Dopiero za Atlético uplasował się Real Madryt – 2,6 miliona dolarów i dziewiąta pozycja. W normalnym klubie taki przelew robiłby wrażenie. Na Santiago Bernabéu wystarczy najwyżej na część premii dla jednej gwiazdy albo kilka tygodni pensji któregoś z rezerwowych.
Cały mechanizm pokazuje jednak coś istotnego: największe kluby nie tylko dostarczają mundialowi twarze, jakość i nazwiska sprzedające transmisje. Ponoszą również ryzyko kontuzji oraz przemęczenia zawodników, za których wcześniej zapłaciły fortunę. FIFA dzieli się więc częścią tortu, choć trudno udawać, że robi to z dobroci serca.
Barcelona zarobi najwięcej, Atlético zaskakująco wyprzedzi Real, a hiszpańska wielka trójka łącznie zgarnie około 9,7 miliona dolarów. Przy dzisiejszych piłkarskich cenach nie jest to majątek. Ale na ulicy też nie leży.




