Manchester United tego lata nie bawi się w kosmetykę. Środek pola został rozebrany do gołych ścian, a INEOS najwyraźniej uznał, że skoro już robi remont, to nie będzie kupował mebli z przeceny.
Na Old Trafford trafili Andrey Santos i Youri Tielemans, wcześniej był jeszcze dogadany Ederson, ale Brazylijczyk poległ na testach medycznych. Teraz United szuka typowej szóstki. Nie kolejnego pomocnika, który „może zagrać niżej”, tylko gościa od zabezpieczania środka, wygrywania pojedynków i gaszenia pożarów, zanim obrona zacznie biegać tyłem do własnej bramki.
Dlatego wraca temat Auréliena Tchouaméniego.
Francuz miał już uzgodnić nowy kontrakt z Realem Madryt, ale klub nadal niczego oficjalnie nie ogłosił. United uznał więc, że warto wsadzić nogę w drzwi. I słusznie. W Madrycie deklaracje o „pełnym zaufaniu” potrafią obowiązywać do momentu, w którym Florentino Pérez dostrzeże na rynku nowszy, bardziej błyszczący model.
Jeśli Real rzeczywiście myśli o Rodrim, Tchouaméni może nagle przestać być nietykalny. Kwota około 70 milionów funtów nie jest niska, ale przy obecnym rynku trudno mówić o szaleństwie. Zwłaszcza gdy przeciętni ligowi pomocnicy kosztują tyle, jakby w pakiecie dorzucano prawa do transmisji Premier League.
Sportowo ten ruch broni się bez problemu. Tchouaméni ma siłę, zasięg, spokój pod pressingiem i potrafi podać piłkę dalej niż do najbliższego stopera. Nie jest Casemiro 2.0, bo gra czyściej i lepiej kontroluje tempo. Z drugiej strony nie należy oczekiwać, że sam naprawi cały United. Jeden Francuz nie zaszpachluje wszystkich pęknięć, szczególnie jeśli organizacja gry bez piłki nadal będzie wyglądała jak spontaniczna ewakuacja supermarketu.
Największym problemem pozostaje sam zawodnik. Tchouaméni jest podobno zadowolony w Hiszpanii, a wyciąganie podstawowego gracza z Realu nigdy nie jest łatwe. Ale jeśli Madryt naprawdę otworzy drzwi, United powinien wejść bez pukania.




