Argentyńska federacja jeszcze nie zdążyła porządnie otrzepać garniturów po mundialu, a już musi tłumaczyć się nie z piłki, tylko z pieniędzy. I to nie przed lokalną komisją, którą można zagadać, przeczekać albo przykryć patriotycznym komunikatem. Finansami AFA zainteresowali się FBI oraz amerykańscy prokuratorzy federalni.
Sprawa kręci się wokół setek milionów dolarów przepuszczanych przez banki w Stanach Zjednoczonych. W centrum układanki znajduje się TourProdEnter LLC, firma Javiera Faroniego, która została pośrednikiem przy zagranicznych kontraktach federacji: sponsoringu, prawach telewizyjnych, meczach towarzyskich i całej komercyjnej otoczce reprezentacji.
Według „La Nación” spółka obsługiwała co najmniej 260 milionów dolarów należących do AFA, a przy około 57 milionach dokumentacja nie pozwalała jasno ustalić gospodarczego uzasadnienia przelewów. Pieniądze trafiały do kolejnych podmiotów, część środków znikała z rachunków po 24–72 godzinach. To jeszcze nie dowód przestępstwa, ale też, do cholery, nie wygląda jak zwykły rachunek za autokar i wodę mineralną.
Infobae podało, że przed odlotem z Nowego Jorku agenci federalni mieli zatrzymać delegację AFA i zażądać urządzeń elektronicznych od działaczy. Federacja wszystkiemu zaprzecza. Utrzymuje, że Claudio Tapia i skarbnik Pablo Toviggino nie zostali wezwani do sądu, a dokument dotyczy osoby trzeciej, zobowiązanej do przekazania informacji wielkiej ławie przysięgłych. Reuters potwierdził, że na tym etapie wersje mediów i AFA są ze sobą sprzeczne.
Najważniejsze: nikomu nie postawiono dotąd federalnych zarzutów. Śledczy dopiero rekonstruują przepływy i sprawdzają, czy amerykański system bankowy nie został wykorzystany do oszustw lub prania pieniędzy.
Tapia może więc powtarzać, że to medialna nagonka. Tyle że Amerykanie już raz rozpruli światową piłkę przy okazji FIFAgate. Tam również długo słyszeliśmy, że „nic się nie dzieje”. Potem działaczy wyprowadzano z hotelu o świcie.




