Alejandro Domínguez, szef CONMEBOL-u, ogłosił w mediach społecznościowych, że mundial w 2030 roku ma być turniejem dla 64 reprezentacji. Brzmiało to nie jak propozycja, lecz jak komunikat po zamkniętym posiedzeniu. Problem w tym, że FIFA niczego jeszcze nie zatwierdziła. Gianni Infantino jedynie zapowiedział, że temat zostanie przeanalizowany. Czyli klasyka: ktoś rzuca balon próbny, a za chwilę wszyscy dyskutują, gdzie rozegrać ponad sto meczów.
Przy 16 grupach po cztery zespoły mielibyśmy 96 spotkań grupowych i kolejne 31 w fazie pucharowej. Razem 127 meczów, ewentualnie 128 z meczem o trzecie miejsce. Bo przecież w tym całym przedsięwzięciu najbardziej brakuje jeszcze jednego meczu między wykończonymi piłkarzami.
Pomysł nie wziął się jednak znikąd. CONMEBOL lobbuje za rozszerzeniem od dawna, sprzedając je jako wyjątkową formę uczczenia stulecia mundialu. Trzy jubileuszowe spotkania mają odbyć się w Urugwaju, Argentynie i Paragwaju, a główna część turnieju w Hiszpanii, Portugalii i Maroku. Już sam ten układ jest logistycznym potworem rozciągniętym na trzy kontynenty. Dorzucenie kolejnych 16 ekip byłoby jak doczepienie piętra do autobusu, który już jedzie bez hamulców.
Argument Infantino znamy: cały świat ma marzyć, mniejsze federacje muszą dostać szansę, futbol rozwija się wszędzie. Ładnie. Tyle że mundial nie jest programem lojalnościowym FIFA, w którym za sam udział rozdaje się pieczątki. Przy 64 uczestnikach na turniej dostałaby się niemal co trzecia federacja członkowska. Eliminacje zaczęłyby przypominać drogą dekorację.
Zresztą nawet szef CONCACAF Victor Montagliani wcześniej studził te zapędy, słusznie zauważając, że najpierw wypadałoby sprawdzić format 48-zespołowy, zanim po raz kolejny zacznie się rozwalać całą konstrukcję.
Oczywiście jest też druga strona. Więcej krajów oznacza większą widownię, nowe rynki, więcej transmisji, sponsorów i biletów. Krótko mówiąc: więcej pieniędzy. Dlatego trudno uwierzyć, że FIFA naprawdę martwi się wyłącznie marzeniami małych reprezentacji.




