Po tym, jak Morgan Rogers wybrał Chelsea, Arsenal musi szybko przestawić wajchę. Londyńczycy nie mogą pozwolić sobie na kolejne tygodnie krążenia wokół nazwisk, które ostatecznie lądują u ligowej konkurencji. Dlatego powrót do tematu Juliána Álvareza ma sens, nawet jeśli rachunek od Atlético Madryt będzie brutalny.
Argentyńczyk chce opuścić Hiszpanię, a Barcelona pozostaje dla niego kuszącym kierunkiem. Problem w tym, że Atlético nie zamierza wzmacniać krajowego rywala. Dla Arsenalu otwiera to drzwi, choć nie oznacza żadnej promocji. Kontrakt do 2030 roku, pozycja w drużynie Diego Simeone i 29 udziałów przy bramkach w poprzednim sezonie sprawiają, że wycena rzędu 85 milionów funtów wygląda raczej jak punkt startowy niż cena końcowa.
Mimo tego Álvarez pasuje do Arsenalu jak ulał. Może grać jako dziewiątka, schodzić na lewe skrzydło, pracować między liniami i uruchamiać pressing, zanim rywal zdąży spokojnie wyprowadzić piłkę. Arteta dostałby napastnika, który nie czeka w polu karnym na obsługę, lecz sam buduje przewagę ruchem, agresją i podejmowaniem decyzji.
To także piłkarz, który nie blokuje innych wariantów. Może wymieniać się pozycjami z lewym skrzydłowym, robić miejsce dla wbiegającego Ødegaarda albo atakować przestrzeń za obroną, gdy Arsenal gra bardziej bezpośrednio.
Arsenal nie potrzebuje kolejnego projektu do oszlifowania. Potrzebuje zawodnika gotowego wejść do składu i od razu podnieść poziom meczów z Liverpoolem, Manchesterem City czy Chelsea. Álvarez zna Premier League, rozumie jej tempo i nie powinien potrzebować pół roku na aklimatyzację.
Jest też element, którego nie wolno pomijać: stałe fragmenty gry. Arsenal od dawna wyciska z nich ogromną przewagę, a Álvarez potrafi zarówno uderzyć bezpośrednio, jak i posłać dokładną piłkę w pole karne.
Transfer będzie piekielnie drogi, być może rekordowy dla klubu. Ale po utracie Rogersa Arsenal nie powinien szukać tańszego pocieszenia.




