Aleksander Ceferin odpuścił finał mistrzostw świata w New Jersey. Oficjalnie: protest. W praktyce: kolejny sygnał, że relacja między UEFA a FIFA przestała przypominać chłodną współpracę, a zaczęła otwarty konflikt o to, kto jeszcze pilnuje zasad, a kto tylko zarządza widowiskiem.
Sprawa Folarina Baloguna była zapalnikiem. Amerykański napastnik zobaczył czerwoną kartkę, więc zgodnie z regulaminem powinien automatycznie pauzować w następnym meczu. FIFA zawiesiła jednak wykonanie kary na rok. Decyzję podjęto po telefonie Donalda Trumpa do Gianniego Infantino z prośbą o „przegląd” sytuacji. UEFA odpowiedziała bez dyplomatycznej waty: ruch był „bezprecedensowy, niezrozumiały i nieuzasadniony”, a granica została przekroczona.
W sporcie i esporcie takie historie pachną najgorzej. Nie dlatego, że jeden zawodnik zagrał albo nie zagrał. Problem zaczyna się wtedy, gdy regulamin działa inaczej zależnie od nazwiska, gospodarza i politycznego telefonu. Competitive integrity nie umiera od jednego błędu sędziego. Umiera wtedy, gdy organizator potrafi nagle znaleźć boczne wyjście z własnych przepisów. To precedens groźniejszy niż każda kontrowersyjna kartka, bo podważa zaufanie do całego systemu.
Ceferin miał zresztą dłuższą listę zarzutów. FIFA nie potrafiła ochronić somalijskiego arbitra Omara Artana, którego amerykańskie służby nie wpuściły do kraju. UEFA odpowiedziała po swojemu, wyznaczając go później do prowadzenia Superpucharu Europy. Do tego doszły kontrowersje wokół warunków narzuconych reprezentacji Iranu, horrendalne ceny biletów, obowiązkowe przerwy na nawodnienie oraz finałowa przerwa rozciągnięta do 27 minut pod telewizyjny show.
Sam turniej zakończył się zwycięstwem Hiszpanii 1:0 nad Argentyną po dogrywce, ale sportowy wynik nie przykrył organizacyjnego bałaganu. FIFA coraz wyraźniej próbuje przerobić mundial na produkt w stylu Super Bowl: więcej reklam, dłuższe przerwy, droższy dostęp i politycy w pierwszym rzędzie.
Nieobecność Ceferina oczywiście niczego w futbolu nie naprawi, ale jasno pokazała, że konflikt UEFA z FIFA przestał być zakulisową przepychanką. Teraz obie strony grają już w otwarte karty. A dla kibiców przekaz jest dość ponury: przepisy obowiązują tylko do momentu, w którym zaczynają przeszkadzać polityce, telewizji albo pieniądzom.




