Włoska federacja najwyraźniej uznała, że skoro normalne metody nie działają, trzeba zadzwonić po najdroższego fachowca na rynku. Giovanni Malagò potwierdził rozmowy z Pepem Guardiolą i zasugerował, że dla Katalończyka da się zrobić finansowy wyjątek. Czyli po ludzku: budżet trzeszczy, ale dla Pepa znajdzie się osobna szuflada z pieniędzmi.
FIGC szuka następcy Gennaro Gattuso po trzecim z rzędu mundialu bez Italii, a Guardiola dopiero co zakończył dziesięcioletnią epokę w Manchesterze City. Wygrał tam 20 trofeów i zostawił klub, który przez lata ustawiał standardy w Europie.
Problem w tym, że Guardiola nie wygląda dziś na człowieka, który marzy o odprawie w Coverciano. Po odejściu z City mówił wprost, że potrzebuje przerwy, bo zwyczajnie zabrakło mu energii. Włoskie zaloty mogą więc skończyć się pięknym zdjęciem, kilkoma kolacjami w Barcelonie i grzecznym: „panowie, może za rok”.
Sama kandydatura ma jednak sens. Reprezentacja to mniej codziennej harówki, mniej konferencji po remisie z Brentford i więcej pracy koncepcyjnej. Pep od dawna mówił, że chce kiedyś poprowadzić kadrę na wielkim turnieju. Italia daje mu markę, historię i materiał, z którego można ulepić drużynę grającą odważniej niż klasyczne włoskie „najpierw nie stracić”.
Jest tylko haczyk: futbol reprezentacyjny nie daje trenerowi stu treningów na dopracowanie ustawienia stopy pomocnika przy wyprowadzaniu piłki. Dostajesz kilka dni, dwóch zawodników z urazem i napastnika, który w klubie gra zupełnie inaczej.
Tyle że Guardiola nie naprawi włoskiego futbolu samym nazwiskiem. Nie odmłodzi szkolenia i nie cofnie lat federacyjnego bajzlu. Może za to nadać kadrze kierunek i sprawić, że piłkarze przestaną wyglądać, jakby każde podanie do przodu wymagało zgody ministerstwa.
Mancini i Pirlo też są na liście, ale nie oszukujmy się: przy Guardioli brzmią jak plan B i plan C. FIGC chce wykonać ruch wielki, głośny i bardzo ryzykowny.




