Guillermo Ochoa powiedział „dość”. Po 22 latach zawodowego grania, sześciu mundialach i setkach parad, które doprowadzały napastników do szewskiej pasji, Meksykanin odwiesił rękawice. Bez pożegnalnej trasy, bez przeciągania tematu do zimowego okna. Koniec.
Miał 41 lat i równie dobrze mógł jeszcze znaleźć klub, który zapłaciłby za nazwisko i doświadczenie. Tylko po co? Ochoa zrobił już wszystko, co miał zrobić. Na mundialu w 2014 roku zatrzymał Brazylię, cztery lata później pomagał Meksykowi ograć Niemców, a przez sporą część kariery był dla reprezentacji kimś więcej niż bramkarzem.
Nie był oczywiście zawodnikiem bez wad. Gra na przedpolu czasami wyglądała tak, jakby pole karne kończyło się pół metra od linii bramkowej. Zdarzały mu się również sezony, w których wpuszczał gole seriami, szczególnie w klubach walczących o utrzymanie. Tyle że Ochoa niemal zawsze był najlepszy wtedy, gdy patrzył na niego cały świat. A to nie jest cecha, którą da się wytrenować na dwóch dodatkowych jednostkach.
Jego europejska kariera prowadziła przez Francję, Hiszpanię, Belgię, Włochy, Portugalię i Cypr. Nie trafił do Realu, Bayernu czy Manchesteru United, choć po kolejnych turniejach regularnie go tam wysyłano. Zamiast wielkiego transferu często wybierał kluby, w których miał mnóstwo roboty. Momentami aż za dużo. Dla bramkarza to przekleństwo, ale też świetny sposób na budowanie reputacji człowieka, który potrafi wyciągnąć piłkę z dupy.
Ostatni mundial spędził głównie jako rezerwowy. Dostał jednak kilkanaście minut na pożegnanie z reprezentacją i murawą Estadio Azteca, gdzie zaczynał wielką karierę. Pocałował słupki, uklęknął i został sam na środku boiska.
Trudno o lepszy koniec. Guillermo Ochoa nie odchodzi jako najbardziej utytułowany bramkarz swojego pokolenia. Życzymy powodzenia w dalszej karierze zawodowej!




