Lionel Messi milczał przez cały wieczór po porażce 0:1 z Hiszpanią w finale mundialu 2026. Odezwał się dopiero dzień później na Instagramie. Napisał, że ból jest ogromny, rana długo się nie zagoi, ale jednocześnie podziękował drużynie i kibicom. Pogratulował też Hiszpanom.
I właśnie ten ton mocno kontrastuje z tym, co Argentyna odstawiła po ostatnim gwizdku.
Hiszpania wygrała po golu Ferrana Torresa w dogrywce, gdy Albiceleste grali już w dziesiątkę po czerwonej kartce Enzo Fernándeza. Messi skończył turniej z ośmioma bramkami, rozegrał każdą minutę fazy pucharowej i w wieku 39 lat znowu doprowadził zespół do finału.

Wpis Messiego na Instagramie. Raczej sam tego nie pisał…
Poniżej wersja w ostrym, zaczepnym tonie piłkarskiego felietonu, bez kalkowania konkretnej redakcji.
To nie był wielki mecz Messiego. Nie był nawet dobry. Tyle że próba zrobienia z niego głównego sprawcy argentyńskiej klęski przypominałaby obwinianie kierowcy autobusu za to, że połowa pasażerów postanowiła wysiąść trzy przystanki wcześniej.
Argentyna przez większość finału nie grała o zwycięstwo. Grała, żeby przypadkiem nie przegrać. Niski blok, asekuracja asekuracji, odwaga schowana głęboko w torbie ze sprzętem. Hiszpania miała piłkę, pomysł i inicjatywę, a mistrzowie świata mieli nadzieję, że jakoś to będzie. No i nie było.
Samo srebro nie jest żadną hańbą. Drugi finał mundialu z rzędu to wynik, za który większość reprezentacji dałaby sobie odciąć pół kadry. Problem zaczął się później, kiedy część Argentyńczyków uznała, że skoro nie potrafiła pokonać Hiszpanów w piłkę, to przynajmniej spróbuje wygrać z nimi w przepychanki.
Były nerwy, ręce latające szybciej niż podania w trakcie meczu, demonstracyjne odwracanie się od ceremonii i cała ta szopka sprzedawana później jako temperament. Nie, to nie był temperament. To było zwykłe, gówniane przegrywanie. Leandro Paredes i Nahuel Molina znaleźli się w środku zamieszania, a FIFA zaczęła sprawdzać, komu po ostatnim gwizdku odłączyło rozsądek.
Na tym tle Messi wypadł jak jedyny dorosły w pokoju. Nie wybielał porażki, nie opowiadał o spisku, murawie, arbitrze ani układzie planet. Powiedział, że boli. Podziękował kibicom. Pogratulował Hiszpanom. Niby absolutne minimum, ale po tym, co wyprawiali jego koledzy, wyglądało niemal jak pokaz klasy.
Czy to był jego ostatni mundial? Możliwe. Jeżeli tak, zakończenie dostał paskudne: przegrany finał, łzy i drużynę, która po meczu zgubiła godność szybciej niż wcześniej pomysł na atak.
Messi pożegnał się jak kapitan. Kilku jego kolegów – jak obrażeni gówniarze.




