Po 23 latach przerwy GKS Katowice wrócił do europejskich pucharów i przez kilka minut wyglądało to cholernie dobrze. Rzut rożny, dośrodkowanie Bartosza Nowaka, głowa Lukasa Klemenza – 1:0 w szóstej minucie. Idealny początek, gospodarze zaskoczeni, trybuny przygaszone. Można było pomyśleć: panowie, da się tutaj zrobić robotę.
Problem w tym, że GKS po strzelonym golu zachował się tak, jakby do końca meczu zostało siedem minut, a nie ponad osiemdziesiąt.
Katowiczanie cofnęli się, przestali szukać drugiego trafienia i zaprosili Żylinę pod własne pole karne. Najpierw Gabriel Kobylak uratował zespół w sytuacji sam na sam, później odbił strzał z dystansu, ale w końcu gospodarze dostali rzut karny. Miroslav Kacer nie kombinował i zrobiło się 1:1.
Jeszcze gorzej było po przerwie. GKS wyszedł z szatni tak, jakby mentalnie został w niej na odprawie. Minęły dwie minuty, Kobylak odbił piłkę przed siebie, a Timotej Hranica skorzystał z prezentu. 2:1 i pełna kontrola Żyliny.
Największy zarzut? Przez długi czas GKS był zwyczajnie zbyt pasywny. Nie chodzi o to, że drużyna Rafała Góraka miała nagle grać jak Manchester City. Ale kiedy oddajesz przeciwnikowi środek pola, nie wychodzisz wyżej i liczysz wyłącznie na kolejne interwencje bramkarza, to prosisz się o kłopoty. Europejskie puchary nie wybaczają gry na przeczekanie.
Potrójna zmiana po godzinie trochę ten obraz poprawiła. Katowiczanie odzyskali energię, zaczęli częściej przebywać na połowie rywala i ograniczyli jego ataki. Tyle że konkretów nadal brakowało. Kilka dośrodkowań, trochę zamieszania, jeden zablokowany strzał – niestety za mało, żeby wyrównać.
Porażka 1:2 nie jest katastrofą. Jedna bramka straty przed rewanżem w Katowicach to wynik do odrobienia. GKS musi jednak wyciągnąć prosty wniosek: samo serce nie wystarczy. Trzeba jeszcze grać odważnie przez cały mecz, a nie tylko do momentu, w którym obejmie się prowadzenie.
