Arsenal podobno uznał, że Vinicius Junior jest transferem wartym rozwalenia banku. Mikel Arteta i Andrea Berta mieli zaakceptować ten pomysł, choć na razie nikt z Londynu nie zadzwonił do Realu Madryt. I bardzo dobrze, bo przed wyciągnięciem walizki pieniędzy wypada sprawdzić, czy po drugiej stronie ktokolwiek zamierza otworzyć drzwi. José Mourinho właśnie je zatrzasnął.
Według angielskich mediów Portugalczyk nie chce słyszeć o sprzedaży Brazylijczyka. Królewscy mają wejść w sezon z Mbappé, Bellinghamem i Viniciusem, którego umowa wygasa 30 czerwca 2027 roku. To ważny szczegół. Jeśli rozmowy o przedłużeniu nadal będą stały w miejscu, Florentino Pérez zostanie z wyborem między wielką ofertą a ryzykiem oddania gwiazdy za darmo. Nawet Real nie lubi wyrzucać stu milionów przez okno.
Kanonierzy mogą oczywiście spróbować. To już nie jest klub zbierający od Bayernu pięć sztuk, po czym opowiadający, że projekt potrzebuje czasu. Problem leży gdzie indziej. Vinicius nie przychodzi jako kolejny szybki skrzydłowy do rotacji. Trzeba pod niego ustawić hierarchię, pensje i sporą część ataku. W poprzednim sezonie miał zanotować 22 gole oraz 14 asyst, więc mówimy o gotowej maszynie do robienia przewagi, a nie drogim chłopaku do oszlifowania.
Do tego dochodzi Yan Diomande. Madrytczycy mieli rzucić za skrzydłowego RB Lipsk około 100 milionów euro. Pachnie następcą Viniciusa, ale równie dobrze może chodzić o zwykłe dokładanie jakości. Wielkie kluby nie zawsze kupują dlatego, że ktoś odchodzi. Czasem kupują, bo mogą. Proste.
Dla Arsenalu najważniejsze jest jedno: nie robić z tej historii sagi na całe lato. Jeśli Vinicius jasno powie, że chce Premier League, wtedy warto usiąść do stołu i zrobić transfer zmieniający układ sił. Jeśli nie – odpuścić.
