Liverpool szuka następcy Mohameda Salaha i wygląda na to, że ktoś na Anfield postanowił dolać benzyny do ogniska. Na liście pojawił się Iliman Ndiaye z Evertonu. Tak, dokładnie: najlepszy drybler zza miedzy, ulubieniec niebieskiej części miasta i piłkarz, którego David Moyes najchętniej zamknąłby w sejfie.
Pierwszym wyborem ma pozostawać Bradley Barcola. Problem w tym, że PSG wycenia Francuza na około 145 milionów funtów i wcale nie pali się do sprzedaży. Barcola ma szybkość, wejście w pole karne i liczby, ale przy takiej cenie Liverpool kupowałby nie tylko skrzydłowego, lecz także obowiązek natychmiastowego robienia różnicy.
Ndiaye to pomysł mniej efektowny, za to ciekawy. W poprzednim sezonie Premier League uzbierał sześć goli i trzy asysty w 32 występach, a jego największą zaletą nie jest sama produkcja liczb. Senegalczyk potrafi przyjąć piłkę pod presją, urwać się obrońcy na kilku metrach i odnaleźć w paru rolach. U Andoniego Iraoli, który objął Liverpool latem 2026 roku, taki zawodnik miałby sens: intensywność, ruch bez piłki, agresywne atakowanie przestrzeni. Bez stania przy linii i czekania, aż futbolówka łaskawie przyjedzie.
Chętnych jest więcej. Ndiaye znalazł się również na radarze Manchesteru United, a Al-Hilal rozpoczęło rozmowy w sprawie transferu. Everton nie musi jednak wywieszać białej flagi – kontrakt zawodnika obowiązuje do 2029 roku, więc każdy zainteresowany będzie musiał zapłacić podatek od desperacji.
Tyle że nazywanie Ndiaye „następcą Salaha” jest zwyczajnie głupie. Egipcjanina nie zastępuje się jednym nazwiskiem. Trzeba zastąpić jego gole, kreację, odporność fizyczną i status gościa, który przez lata rozstrzygał mecze, gdy reszta wyglądała jak po ciężkim weselu.
Do tego dochodzi lokalna bomba. Ostatnim piłkarzem, który przeszedł bezpośrednio z Evertonu do Liverpoolu, był Abel Xavier w 2002 roku. Taki ruch nie byłby zwykłym transferem, tylko otwarciem sezonu derbowego jeszcze przed pierwszym gwizdkiem.
