Carlo Ancelotti dostał telefon z włoskiej federacji. Dla wielu trenerów byłby to moment, w którym odkłada się wszystko, zakłada granatową marynarkę i mówi o „zaszczycie reprezentowania ojczyzny”. Ancelotti powiedział: nie.
Co ważne, nie zasłonił się kontraktem z Brazylią. Wprost przyznał, że chodzi o zobowiązanie wobec ludzi, z którymi pracuje od ponad roku. Został dobrze przyjęty, wszedł w projekt i nie zamierza teraz wyskakiwać z niego tylko dlatego, że zadzwonili z Rzymu.
I akurat w jego przypadku trudno doszukiwać się drugiego dna. Ancelotti już wcześniej dawał do zrozumienia, że w Brazylii czuje się dobrze, a jeszcze przed mundialem deklarował chęć pozostania aż do 2030 roku. W maju CBF rzeczywiście przedłużyła z nim umowę do kolejnych mistrzostw świata.
Ciekawszy jest moment, w którym Włosi wykonali ten telefon. Azzurri znaleźli się w potężnym kryzysie, trzeci raz z rzędu nie pojechali na mundial, a federacja rozglądała się po najwyższej półce. Rozmawiała nie tylko z Ancelottim, ale również z Pepem Guardiolą. Ostatecznie obaj mieli inne plany, a reprezentację ponownie powierzono Roberto Manciniemu.
Ancelotti tymczasem ma w Brazylii robotę, która po mundialu zrobiła się jeszcze poważniejsza. Seleção odpadła już w 1/8 finału, a trener zapowiedział zmianę pokoleniową. Neymar zakończył reprezentacyjną karierę, Casemiro i Danilo również wypadają z planów, a pierwszym przystankiem nowego cyklu ma być Copa América 2028.
Można więc powiedzieć, że Włoch wybrał mniej sentymentalną, za to bardziej logiczną drogę. W Italii dostałby reprezentację wymagającą gaszenia pożaru. W Brazylii dostał czas, władzę i możliwość przebudowy drużyny po swojemu.
Dla 67-letniego Ancelottiego to być może ostatni wielki projekt w karierze. Najwyraźniej uznał, że nie warto go porzucać nawet dla własnej reprezentacji.
