Robert Lewandowski potrzebował trzech występów, żeby otworzyć konto w MLS. Dwa gole, zwycięstwo 2:1 nad Charlotte FC i pierwszy prawdziwy wieczór Polaka na Soldier Field. Chicago Fire wreszcie zobaczyło zawodnika, którego zamawiało.
Pierwsza bramka przyszła chwilę po tym, jak gospodarze stracili gola. Lewandowski dostał piłkę przed polem karnym i uderzył bez zbędnych ceregieli. Drugie trafienie dało Chicago komplet punktów. Polak rozegrał całe spotkanie, a oba gole zdobył w domowym debiucie.
Najważniejsze nie są jednak same liczby. W dwóch wcześniejszych występach Lewandowski wyglądał momentami jak człowiek wrzucony do drużyny z instrukcją obsługi napisaną po mandaryńsku. Koledzy nie zawsze wiedzieli, gdzie go szukać, on sam poruszał się między stoperami, ale piłka krążyła gdzieś obok.
Tym razem Chicago zaczęło korzystać z napastnika, a nie tylko wystawiać go na boisku. To zasadnicza różnica. Lewandowski nadal nie będzie dryblował przez pół drużyny ani napędzał każdej akcji. Ma znaleźć przestrzeń, ustawić ciało i skończyć robotę.
MLS dostała pierwsze ostrzeżenie. Polak może już nie mieć dynamiki sprzed dekady, lecz pod bramką wciąż widzi rzeczy wcześniej niż większość obrońców. A jeśli Chicago nauczy się regularnie dostarczać mu piłkę, ten dublet nie pozostanie jednorazowym przedstawieniem.
