Gianni Infantino przez lata przyzwyczaił piłkarski świat, że FIFA robi swoje, FIFA wie lepiej, a reszta może co najwyżej zgłaszać uwagi po fakcie. Tym razem jednak ktoś w końcu powiedział: dość.
Poszło o projekt FIFA Forward Enterprise. Pomysł był prosty: wydzielić komercyjną część biznesu FIFA, wpuścić prywatnych inwestorów i sprzedać im około 20 procent udziałów. Wycena całości miała kręcić się w okolicach 20 miliardów dolarów. Czyli nie mówimy o kosmetycznej zmianie. Mówimy o próbie przebudowania sposobu zarabiania na jednym z najcenniejszych produktów w światowym sporcie.
Problem w tym, że UEFA, AFC i CONCACAF uznały, że sposób prowadzenia całej sprawy budzi poważne wątpliwości.
We wspólnym wystąpieniu konfederacje zarzuciły władzom FIFA brak przejrzystości, pośpiech i prowadzenie kluczowych rozmów bez odpowiedniej reprezentacji ludzi, którzy teoretycznie powinni mieć coś do powiedzenia. I właśnie tutaj sprawa robi się naprawdę ciekawa.
Bo FIFA to nie prywatna firma Infantino. Mundial też nie jest jego własnością, którą można swobodnie wpisać do prezentacji dla inwestorów.
FIFA tworzy 211 federacji. To one formalnie są fundamentem całej organizacji. Jeśli więc prezydent i jego otoczenie próbują zmieniać sposób zarabiania na najcenniejszym produkcie światowej piłki, trudno się dziwić, że ktoś w końcu zapytał: kto właściwie dał wam tak szerokie pole manewru?
Projekt ostatecznie trafił do kosza, a FIFA przyznała, że cały proces nie wyglądał tak, jak powinien. Tyle że ta historia zostawia po sobie znacznie większy problem niż jedna niedoszła transakcja.
Infantino od 2016 roku zbudował system, w którym FIFA ma więcej pieniędzy, więcej turniejów i większe wpływy. I właśnie dlatego przez lata trudno było zorganizować przeciwko niemu poważny opór. Każdy miał coś do ugrania, każdy dostawał swój kawałek tortu.
Teraz po jednej stronie stanęły Europa, Azja i CONCACAF.
Źródło: goal.com
