Chicago Fire właśnie wysłało kolejny sygnał, że w Leagues Cup nie przyjechało na wycieczkę. Zespół Gregga Berhaltera ograł Cruz Azul 2:1 i zakończył pierwszą fazę z kompletem dziewięciu punktów. Trzy mecze, trzy zwycięstwa, pierwsze miejsce wśród ekip MLS. Konkretnie.
Robert Lewandowski tym razem nie dopisał gola, choć piłkę w siatce umieścił. Trafienie anulowano po faulu Polaka, a niedługo później zszedł z boiska. I tu zaczyna się ciekawsza część tej historii: Chicago nie musi już czekać, aż Lewy załatwi wszystko sam.
Bohaterem został Puso Dithejane. Skrzydłowy trafił w 67. minucie, a gdy po wyrównaniu Nicolása Ibáñeza pachniało serią karnych, dołożył drugiego gola w doliczonym czasie. Cruz Azul oddało więcej strzałów, ale Fire było skuteczniejsze i lepiej wykorzystało swoje momenty.
Dla Lewandowskiego to kolejny etap amerykańskiego rozruchu. Wcześniej zdobył pierwszą bramkę w Leagues Cup przeciwko Santos Laguna. Na Golero pisaliśmy już o jego trudnym wejściu do MLS oraz pierwszym trafieniu w Leagues Cup.
Najważniejsze jest jednak coś innego: Fire zaczyna wyglądać jak drużyna, a nie projekt z wielkim nazwiskiem na szpicy. I przed ćwierćfinałem to znacznie lepsza wiadomość niż kolejny gol Lewandowskiego.
Źródło: Chicago Fire
