Po pierwszym meczu z KÍ Klaksvík Lech ma tylko jedną bramkę zaliczki. Niby wystarczy, żeby kontrolować dwumecz, ale po tym, co Kolejorz odstawił wcześniej z AGF Aarhus, nikt rozsądny nie będzie dziś mówił o formalności. Tam Lech przywiózł z Danii 4:1, a w rewanżu niemal wyrzucił cały kapitał do kosza. Tę historię warto pamiętać, bo poznański chaos z AGF był bardzo świeżą lekcją.
Teraz warunki też nie pomagają. Podróż na Wyspy Owcze zamieniła się w logistyczny bałagan, mecz przesunięto na piątek, a poznaniacy nie odbyli oficjalnego treningu na sztucznej murawie w Tórshavn. Frederiksen nie szuka jednak wymówek. I słusznie. Przy tej różnicy jakości Lech powinien awansować nawet po locie z przesiadką na Księżycu.
Problem w tym, że KÍ nie jest folklorem do zaliczenia między odprawą a kolacją. To klub, który w 2023 roku jako pierwszy z Wysp Owczych wszedł do fazy grupowej europejskich pucharów. Ferencváros i Häcken już przekonały się, że lekceważenie Farerów bywa kosztowne.
Dlatego najważniejsze nie będzie efektowne klepanie, tylko tempo, koncentracja i brak głupich strat. Lech ma więcej jakości i szerszą kadrę, dodatkowo wzmocnił środek pola Gustavem Berggrenem. Jeśli znowu zacznie sam komplikować sobie życie, problemem nie będzie sztuczna murawa. Problem będzie siedział w głowach.
Źródło: własne
