Jeszcze chwilę temu transfer Rodriego do Realu Madryt przedstawiano niemal jak formalność. Hiszpan miał wrócić do ojczyzny, wylądować na Bernabéu i zostać kolejnym elegancko opakowanym prezentem dla Florentino Péreza. Tymczasem do gabinetu weszła FC Barcelona, trzasnęła drzwiami i prawdopodobnie wywróciła cały stolik.
Według najnowszych doniesień Rodri zdecydował, że woli Barcelonę. Pomóc miała bezpośrednia rozmowa z Hansim Flickiem, po której pomocnik dał zielone światło katalońskiemu projektowi. Manchester City oczekuje około 60–70 milionów euro, więc teraz trzeba już nie tylko gadać, ale także wyciągnąć pieniądze.
Barcelona od lat szuka człowieka, który naprawdę posprząta środek boiska po Sergio Busquetsie. Nie przebiegnie bezmyślnie dwunastu kilometrów, żeby dobrze wyglądało w aplikacji statystycznej, tylko ustawi się tam, gdzie za trzy sekundy spadnie piłka. Rodri nie przyspiesza gry nogami. On przyspiesza ją głową.
W drużynie Flicka mógłby zostać bezpiecznikiem dla Pedriego, Gaviego i reszty ofensywnie nastawionej młodzieży. Kimś, kto pozwoli bocznym obrońcom latać wysoko, a stoperom nie dostawać ataków paniki po każdej stracie. Zwłaszcza że kontuzja Frenkiego de Jonga ponownie pokazała, jak szybko środek Barcelony może zostać pozbawiony doświadczonego dowódcy.
Problem? Rodri ma 30 lat, wraca po operacji pleców, a jego kontrakt z City obowiązuje tylko do czerwca 2027 roku. Guardiola może więc postawić sprawę brutalnie: albo płacicie tyle, ile chcemy, albo zawodnik zostaje na ostatni sezon.
Barcelona dostałaby piłkarza skrojonego pod swoje potrzeby. Real dostałby po nosie. City straciłoby faceta, którego nie da się zastąpić pierwszym lepszym milionerem z Football Managera.
