Jeszcze 23 lipca PZPN chwalił się jednym z najnowocześniejszych centrów VAR w Europie. Koszt: około 10 milionów złotych. Partnerzy technologiczni: Hawk-Eye, Orange, Sony-Nevion i Riedel. Nie minął miesiąc, a człowiek od lat pracujący przy najważniejszych meczach polskiej piłki napisał do władz federacji, że szkolenie sędziów jest „fikcją”, a przy niektórych spalonych pozostaje „wróżenie z fusów”.
I właśnie dlatego sprawy Pawła Sokolnickiego nie da się zbyć jako marudzenia byłego arbitra.
Na Golero opisywaliśmy już jego 11 zarzutów wobec systemu VAR i Kolegium Sędziów. Teraz ciekawsze jest to, co wydarzyło się później. PZPN odpowiedział, szef sędziów częściowo przyznał, że problem istnieje, a Szymon Marciniak – według nieoficjalnych informacji – nie podziela aż tak czarnej diagnozy swojego byłego asystenta.
Jeden błąd, który trudno zamieść pod dywan
Cała awantura nie wybuchła w próżni. 8 sierpnia Pogoń Szczecin wygrała z Motorem Lublin 3:1. Pierwszą bramkę zdobył Darko Czurlinov, choć znajdował się na spalonym. VAR gola zatwierdził. Kilka dni później Kolegium Sędziów oficjalnie przyznało, że linie wyznaczono nieprawidłowo, a trafienie powinno zostać anulowane.
Sędzią głównym był Marciniak. Za VAR odpowiadał Łukasz Kuźma, a AVAR-em był właśnie Sokolnicki.
To ważny detal, bo działa w dwie strony. Z jednej strony Sokolnicki doskonale wie, o czym pisze – problem przeżył na własnej skórze. Z drugiej nie jest zewnętrznym audytorem opisującym cudze błędy. Sam znajdował się w zespole, który tę sytuację przepuścił.
PZPN mówi: system działa. Szef sędziów przyznaje: nie wszystko
Marcin Szulc, przewodniczący Kolegium Sędziów, nie zgodził się z większością zarzutów Sokolnickiego. Bronił szkoleń i przekonywał, że arbitrzy mają dwudniowe zajęcia stacjonarne, nową platformę edukacyjną oraz regularne spotkania online.
Jednocześnie przy przypadku z meczu Pogoni przyznał rzecz bardzo istotną: linię spalonego można było wyznaczyć znacznie lepiej, a zespół VAR nie miał możliwości zweryfikowania jej za pomocą kamery wykorzystywanej przez technologię goal-line.
Czyli nie mamy sytuacji: jeden sędzia krzyczy, że wszystko jest zepsute, a federacja pokazuje dokument i mówi „bzdura”.
Mamy coś znacznie bardziej niewygodnego. PZPN odrzuca ogólną diagnozę, ale przy konkretnym incydencie przyznaje, że technicznie dało się zrobić więcej.
To szczególnie źle wygląda miesiąc po otwarciu Centrum VAR, które federacja przedstawiała jako technologiczny skok. Cały projekt VAR w Polsce miał przez lata pochłonąć około 50 mln zł, z czego samo centrum około 10 mln.
Jest jeszcze dziwniejszy wątek z Pucharu Polski
Przed majowym finałem Pucharu Polski PZPN oficjalnie informował, że VAR będzie obsługiwany z nowego centrum, z pełną komunikacją z boiskiem. Samochód VAR miał pozostać na stadionie jako zabezpieczenie.
Sokolnicki twierdzi natomiast, że w praktyce komunikacji z centrum nie było, a mecz obsługiwano według starego modelu.
To już nie jest dyskusja o tym, czy szkolenie było „dobre” albo „słabe”. Tu da się ustalić twarde fakty. Albo centrum działało w zapowiadanym trybie, albo nie. I właśnie takich odpowiedzi PZPN powinien teraz udzielić publicznie.
A Marciniak? Podobno mocno zdziwiony
WP SportoweFakty ustaliło nieoficjalnie, że Szymon Marciniak był zaskoczony listem Sokolnickiego i uważa, że sytuacja w Kolegium Sędziów nie wygląda aż tak źle, jak przedstawił ją jego dawny współpracownik. Nie jest to jednak publiczna wypowiedź Marciniaka, więc nie ma sensu wkładać mu w usta więcej, niż rzeczywiście wiadomo.
Sam Sokolnicki również nie jest przypadkowym buntownikiem z zewnątrz. W oficjalnych dokumentach PZPN na sezon 2026/27 nadal figuruje na liście zawodowych sędziów asystentów. Co więcej, jesienią 2025 roku znajdował się w gronie kandydatów do objęcia stanowiska przewodniczącego Kolegium Sędziów. Ostatecznie funkcję dostał Szulc.
PZPN potrzebuje teraz czegoś więcej niż wojny na cytaty
Sekretarz generalny federacji Łukasz Wachowski przyznał, że jest sposobem działania Sokolnickiego rozczarowany. Jego zdaniem wiele zarzutów jest chybionych albo opartych na subiektywnej ocenie. Zwrócił też uwagę, że sędzia mógł wcześniej porozmawiać bezpośrednio z władzami federacji.
Tylko że na tym etapie forma wysłania maila jest najmniej interesującą częścią historii.
Znacznie ciekawsze są cztery proste pytania: z jakich kamer faktycznie korzysta VAR przy spalonych, dlaczego nie można było zweryfikować sytuacji z Pogoni za pomocą dodatkowego obrazu, na jakim etapie jest półautomatyczny spalony i jak dokładnie wyglądały testy przed uruchomieniem Centrum VAR.
W Hiszpanii La Liga właśnie dokłada sensor do każdej piłki, żeby dać VAR-owi kolejną warstwę danych. W Polsce trwa spór, czy przy spornej sytuacji arbitrzy mieli wystarczająco dobry obraz do narysowania jednej linii.
I to jest prawdziwy problem PZPN. Nie sam list Sokolnickiego. Tylko fakt, że po wydaniu milionów federacja musi dziś tłumaczyć, czy jej najważniejsze narzędzie technologiczne faktycznie daje sędziom wszystko, co obiecano.
Źródło główne: WP SportoweFakty, własne
