Trzy mecze. Dwa punkty. Zero strzelonych bramek. Nie, to nie jest dorobek zespołu skazanego przed sezonem na pożar w tabeli. To Cracovia, która miała wejść w nowe rozgrywki z jakimś pomysłem, a na razie wygląda tak, jakby ktoś podczas przygotowań zapomniał poinformować piłkarzy, że futbol jednak wymaga czasem kopnięcia piłki do siatki.
We Wrocławiu znowu było 0:0. I jasne – Cracovia miała sytuacje. Kameri obił poprzeczkę, Hasić próbował, Minczew znalazł się przed bramkarzem. Tylko co z tego? Możemy jeszcze długo opowiadać o „momentach”, „wejściach w pole karne” i „dobrych fragmentach”. Tabela nie przyznaje punktów za prawie-gole.
Najbardziej wkurzające jest to, że od 81. minuty Śląsk grał w dziesiątkę. Idealny moment, żeby docisnąć beniaminka, zamknąć go we własnym polu karnym i wreszcie zerwać tę blokadę. Nic z tych rzeczy. Cracovia nadal waliła głową w mur, a Karol Niemczycki w doliczonym czasie musiał jeszcze ratować gospodarzy po strzale Hasicia.
Problem robi się większy, kiedy zajrzymy do kalendarza. Ostatnia ligowa wygrana Pasów? 21 marca, 1:0 z GKS-em Katowice. Minęła wiosna, wakacje, okres przygotowawczy, rozpoczął się kolejny sezon, a licznik stoi. Co zabawniejsze, latem Cracovia potrafiła wygrać sparingi z Başakşehirem czy Sevillą. Gdy zaczęło się granie o punkty, bramka przeciwnika nagle zrobiła się wielkości skrzynki na listy.
Bartosz Grzelak nie musi jeszcze wyciągać gaśnicy, bo dwa remisy w trzech kolejkach to nie jest katastrofa. Ale ofensywa ewidentnie leży i czeka, aż ktoś ją podniesie. Szczególnie że następny jest Raków.
Źródło: Meczyki.pl/Onet
Wynik: Śląsk Wrocław 0:0 Cracovia
