Oskar Pietuszewski wypadł z ostatnich sparingów FC Porto przez uraz mięśniowy prawego uda. Brzmi nieprzyjemnie, szczególnie tydzień przed meczem o trofeum, ale na razie nie ma powodów, żeby odpalać syreny alarmowe. Rehabilitacja przebiega dobrze, Polak pracuje na siłowni, przechodzi zabiegi i wciąż jest brany pod uwagę przy ustalaniu kadry na Superpuchar Portugalii.
I tu zaczyna się najważniejsza część tej historii. Nie chodzi o to, czy Pietuszewski zdoła zacisnąć zęby i wyjść na boisko przeciwko Torreense. Chodzi o to, czy Francesco Farioli zachowa rozsądek.
Superpuchar to nie jest osiedlowy turniej o skrzynkę napojów. Porto chce rozpocząć sezon od konkretu, a drugoligowe Torreense nie przyjeżdża po zdjęcie z bardziej znanym rywalem. To drużyna, która potrafiła sensacyjnie ograć Sporting w finale krajowego pucharu. Z drugiej strony wystawianie młodego skrzydłowego chwilę po problemach mięśniowych tylko dlatego, że mecz ma podniosłą nazwę, byłoby zwyczajnie krótkowzroczne.
Pietuszewski nie musi nikomu udowadniać, że jest twardy. W pół roku uzbierał w Porto 18 występów, trzy gole i cztery asysty. To nie są liczby zawodnika, którego trzeba na siłę przypominać trenerowi. Polak już pokazał, że potrafi wejść do wymagającego zespołu bez kilkumiesięcznego zwiedzania ławki rezerwowych.
Dla niego ważniejszy od jednego sierpniowego wieczoru będzie cały sezon. Porto potrzebuje jego dynamiki, odwagi w pojedynkach i bezczelności pod bramką przez kolejne miesiące, a nie przez kwadrans rozegrany na niedoleczonym udzie.
Jeżeli będzie gotowy – niech wchodzi i robi zamieszanie. Jeżeli sztab medyczny ma choć cień wątpliwości – niech ogląda mecz z boku. Trofea są ważne, ale znacznie głupiej byłoby wygrać Superpuchar i stracić Pietuszewskiego na kilka tygodni.
