Jonatan Braut Brunes oficjalnie zamienił Raków Częstochowa na Spartę Praga. Czesi płacą około sześciu milionów euro, a kolejny milion może dojść w bonusach. Dla Sparty to rekordowy zakup, dla Rakowa: druga największa sprzedaż w historii klubu.
Norweg trafił do Częstochowy najpierw na wypożyczenie z OH Leuven, później został wykupiony za mniej więcej 1,5 miliona euro. Po dwóch sezonach, 81 meczach i 40 bramkach odchodzi za kwotę kilka razy większą. Tak właśnie powinien działać klub z Ekstraklasy: znaleźć zawodnika, odbudować go, wycisnąć z niego sportowy konkret, a potem sprzedać.
Brunes nie był napastnikiem z katalogu. Nie czarował ruletkami, nie urządzał teatru po każdym kontakcie i raczej nie produkował kompilacji pod TikToka. Za to robił najważniejszą rzecz w tym sporcie: strzelał gole. W ostatnim sezonie uzbierał ich 26 we wszystkich rozgrywkach. Potrafił przepchnąć stopera, zaatakować przestrzeń, zamknąć dośrodkowanie i wykorzystać pół sytuacji. Raków miał z przodu faceta, który nie potrzebował czerwonego dywanu pod pole karne.
Dlaczego Sparta wyłożyła rekordowe pieniądze? Bo kupuje napastnika sprawdzonego w lidze, europejskich pucharach i grze pod presją. Brunes ma 25 lat, więc Czesi mogą dostać jego najlepszy okres, a za dwa lata jeszcze na nim zarobić. To nie jest transfer z gatunku „może odpali”. On już odpalił.
Tyle że w Częstochowie nie ma teraz czasu na otwieranie szampana. Raków sprzedał najpewniejsze źródło bramek, a sezon już ruszył. Sześć milionów wygląda pięknie w Excelu, lecz tabela nie przyznaje punktów za marżę. Jeżeli następca Brunesa będzie potrzebował pół roku na aklimatyzację, cały interes może sportowo zaboleć.
