Radomiak ogłosił transfer Ronaldo i przez kilka sekund internet mógł udawać, że wydarzyło się coś kompletnie absurdalnego. Spokojnie: Cristiano nadal nie wybiera się na Struga. Do Radomia trafił Ronaldo Lumungo, 25-letni skrzydłowy reprezentacji Wysp Świętego Tomasza i Książęcej.
Sam dowcip z nazwiskiem szybko się jednak kończy, bo ten ruch wygląda poważniej niż typowy egzotyczny strzał z kompilacji. Radomiak wykłada około 250 tysięcy euro plus bonusy, a Paços de Ferreira zachowuje procent od kolejnego transferu. Jak na realia klubu to operacja znacząca, według medialnych informacji wręcz rekordowa. Kontrakt podpisano do czerwca 2029 roku, więc nie mówimy o zapchaniu kadry na jeden sezon, tylko o zawodniku kupionym z myślą o rozwoju i późniejszej sprzedaży.
W poprzednim sezonie portugalskiej drugiej ligi rozegrał 31 spotkań, zdobył cztery bramki i dołożył cztery asysty, a jego zespół spadł. Liczby nie przewracają stolika, ale też nie opisują całego profilu. To prawonożny skrzydłowy, który może grać po obu stronach, ma doświadczenie w portugalskim futbolu i przeszedł drogę od niższych lig przez rezerwy Vitórii Guimarães do Paços. Nie gotowa gwiazda, tylko materiał do obróbki.
W reprezentacji nie jest turystą z jednym przypadkowym występem. Gra w niej od lat i potrafił trafiać także w eliminacjach mistrzostw świata. To nadal niski poziom międzynarodowego grania, ale przynajmniej nie kupiono człowieka bez jakiegokolwiek obycia z presją.
I właśnie tutaj zaczyna się właściwa historia. Radomiak od dawna buduje kadrę szerzej niż większość Ekstraklasy. Brazylia, Angola, Wybrzeże Kości Słoniowej, Surinam, teraz Wyspy Świętego Tomasza i Książęca. Można z tego żartować, ale klub ma wyraźny model: szukać tam, gdzie inni zaglądają rzadziej, kupować zawodników z potencjałem i liczyć, że polska liga podbije ich wartość.
Oczywiście nazwisko zrobi swoje. Mecz z Motorem i Fabio Ronaldo już prosi się o tanią zapowiedź „derbów Ronaldo”. Tyle że dla Radomiaka ważniejsze będzie coś innego: czy Lumungo da szybkość, drybling i konkrety pod bramką. Bo marketing wygrał już w dniu ogłoszenia. Teraz wypadałoby jeszcze wygrać kilka pojedynków na boisku.
