Neymar nie zagra już w reprezentacji Brazylii. Po porażce 1:2 z Norwegią w 1/8 finału mundialu 2026 powiedział, że to koniec. Symbolicznie aż do przesady: jego przygoda z kadrą zaczęła się w 2010 roku na stadionie w New Jersey i właśnie tam dobiegła końca. Ostatnim akcentem był gol z karnego w doliczonym czasie. Gol numer 80 w narodowych barwach.
No i co teraz zrobić z tą karierą? Bo liczby Neymar ma potężne. 130 występów, 80 bramek, cztery mundiale, Puchar Konfederacji w 2013 roku, do tego olimpijskie złoto wywalczone trzy lata później na Maracanie. Statystycznie facet siedzi przy stole z największymi postaciami w historii brazylijskiej piłki.
Tylko że przy nazwisku Neymar zawsze będzie stało jedno wielkie „ale”. Nie zdobył mistrzostwa świata. Nie zagrał nawet w finale. W 2014 roku zatrzymała go kontuzja, potem były Belgia, Chorwacja, wreszcie Norwegia. Za każdym razem Brazylia przyjeżdżała z ambicją odzyskania świata, a wracała z kolejną traumą do przepracowania.
I właśnie dlatego Neymar będzie postacią trochę niewygodną dla wszystkich lubiących proste oceny.
Nie był drugim Pelém. Nie został też brazylijskim Messim. Ale robienie z niego przepłaconego celebryty, który więcej czasu spędził na imprezach niż przy piłce, jest zwyczajnie głupie. W swoim najlepszym okresie był fenomenem – dryblerem, kreatorem i strzelcem w jednym, zawodnikiem zdolnym rozwalić strukturę obrony jednym kontaktem.
Problem w tym, że jego ciało zbyt często mówiło „stop”. Teraz Brazylia zostaje bez Neymara i bez wygodnego alibi. Vinícius, Rodrygo i następni nie będą już mogli oglądać się na numer 10.
