Kamil Jóźwiak wyjeżdżał z Polski jako skrzydłowy, który miał argumenty. Nie zawsze podejmował najlepsze decyzje, czasami brakowało mu konkretu, ale w Lechu Poznań potrafił zrobić różnicę. Pięć goli i osiemnaście asyst w 147 meczach Ekstraklasy nie rzucało nikogo na kolana, jednak dawało podstawy, by wierzyć, że za granicą rozwinie się również pod bramką.
Po drodze były Anglia, MLS i Hiszpania. Były mecze w reprezentacji, duże stadiony, poważne kontrakty i kolejne próby udowodnienia, że Jóźwiak to coś więcej niż zawodnik, który szybko biega przy linii. Dzisiaj ma 28 lat, wrócił do Polski i powinien być piłkarzem gotowym. Tymczasem w Jagiellonii wygląda momentami tak, jakby nadal czekał, aż kariera wreszcie zacznie układać się po jego myśli.
Osiemnaście spotkań, zero goli, zero asyst. Nie mówimy już o krótkim okresie aklimatyzacji. Jóźwiak jest w Białymstoku od września 2025 roku, rozpoczął drugi sezon i nadal nie zanotował żadnego konkretu. Na trafienie czeka od maja 2023, na ostatnie podanie od października 2024. Jak na ofensywnego zawodnika to bardzo słabo.
Oczywiście można powiedzieć, że daje szerokość, pracuje bez piłki, rusza za linię obrony i pomaga w pressingu. Wszystko się zgadza. Tyle że skrzydłowy nie może przez kilkadziesiąt miesięcy żyć wyłącznie z dobrych zamiarów. W Jagiellonii, która chce dominować i regularnie grać o najwyższe cele, zawodnik ofensywny musi dowozić bramki albo ostatnie podania.
Najbardziej niepokojące jest to, że Jóźwiak nie wygląda na gracza kompletnie zagubionego. Dochodzi do sytuacji, uczestniczy w akcjach, pokazuje się partnerom. Brakuje jednak ostatniego ruchu: dokładnego podania, spokojnego strzału, właściwej decyzji.
Nazwisko nadal ma znaczenie. CV też. Tylko że mecze wygrywa się konkretami, a nie wspomnieniami z 2020 roku. Jagiellonia nie sprowadzała Jóźwiaka po to, żeby przyzwoicie wyglądał między polami karnymi. Miała dostać lidera. Na razie dostała zawodnika, który od dawna nie potrafi postawić kropki nad i.
