Widzew stracił człowieka, którego trudno wrzucić do szufladki z napisem „były piłkarz”. Tadeusz Gapiński miał 78 lat i przez dekady był przy łódzkim klubie praktycznie wszędzie – na boisku, w sztabie, przy pierwszej drużynie. W czasach biedniejszych i wtedy, gdy Widzew wychodził na europejskie stadiony bez zamiaru robienia za sympatycznego statystę.
„Gapek” zaczynał po drugiej stronie miasta, w ŁKS-ie. Do Widzewa trafił w 1973 roku i stał się częścią ekipy budującej pozycję klubu w krajowej piłce. Rozegrał dla RTS-u 105 spotkań, zdobył 12 bramek i dwa razy sięgnął po wicemistrzostwo Polski. Później wyjechał do Hvidovre IF, z którym zdobył Puchar Danii. Całkiem solidne CV jak na człowieka, którego młodsi kibice pamiętali przede wszystkim z ławki i klubowych korytarzy.
Bo po odwieszeniu butów Gapiński nigdzie się nie wybierał. Został przy Widzewie jako członek sztabu, a później wieloletni kierownik zespołu. Był obok drużyny podczas największych momentów w historii klubu, współpracował z dziesiątkami trenerów, przeżył półfinał Pucharu Europy, mistrzowskie lata Franciszka Smudy i Ligę Mistrzów 1996/97. Jako kierownik pracował do 2008 roku.
I właśnie dlatego jego odejście waży więcej niż kolejna smutna informacja o śmierci byłego zawodnika. Zbigniew Boniek przypomniał, że to Gapiński mocno pomógł mu odnaleźć się po przyjściu do Widzewa. Takich historii było więcej.
Była też charakterystyczna anegdota z czasów Smudy. Kiedy Widzew pakował rywalowi trzecią bramkę i było właściwie po meczu, „Gapek” potrafił… zejść z ławki i przenieść się na trybuny. Z czasem zrobił się z tego mały rytuał rozpoznawalny przez kibiców.
Odszedł kawał Widzewa budowanego nie tylko wynikami, ale ludźmi, którzy oddawali klubowi pół życia. Tadeusz Gapiński był właśnie jednym z nich.
