Hervé Renard wraca tam, gdzie nadal pamiętają jego białą koszulę i złoty medal z 2015 roku. Według francuskich mediów ma ponownie objąć Wybrzeże Kości Słoniowej, choć na oficjalny komunikat federacji jeszcze czekamy. Trudno jednak znaleźć ruch bardziej logiczny. „Słonie” szukają trenera, Renard szuka miejsca, w którym jego nazwisko wciąż coś waży.
Ostatnie miesiące Francuza wyglądały jak trenerski speed dating. Arabia Saudyjska podziękowała mu przed mundialem, Tunezja wzięła go na awaryjną misję podczas turnieju, po czym cała znajomość skończyła się szybciej niż wakacyjny romans w Mielnie. Dwa mecze, dwie porażki, walizka i do widzenia. Normalnie taki ciąg zdarzeń pachniałby zjazdem kariery. U Renarda bardziej przypomina kolejną przesiadkę na lotnisku.
Bo w Afryce ten facet nie jest przypadkowym Francuzem z notesem i prezentacją w PowerPoincie. To jedyny selekcjoner, który wygrał Puchar Narodów Afryki z dwiema różnymi reprezentacjami: Zambią w 2012 roku i Wybrzeżem Kości Słoniowej trzy lata później. Najpierw ograł Iworyjczyków w finale, potem przejął ich kadrę i sam dowiózł trofeum.
Powrót ma jednak drugą stronę. Renard nie obejmuje drużyny rozbitej, anonimowej i błagającej o cud. Wybrzeże Kości Słoniowej wygrało kontynentalny turniej u siebie w 2024 roku po kampanii tak absurdalnej, że scenarzysta zostałby wyrzucony za brak realizmu. Emerse Faé przejął zespół po fazie grupowej i zrobił z niego mistrza. Teraz odszedł, a federacja sięga po człowieka, którego zna i któremu ufa.
