Karol Nawrocki miał pełne prawo ułaskawić Piotra Staruchowicza. Konstytucja daje prezydentowi taką prerogatywę i nie każe pytać premiera, opozycji ani internetowego ludu o pozwolenie. Tyle że legalność decyzji nie załatwia kwestii jej sensu.
„Staruch”, nieformalny lider Żylety i wieloletni gniazdowy Legii, dostał dwuletni zakaz stadionowy po meczu z Motorem Lublin z marca 2025 roku. Chodziło o przebywanie w innym sektorze niż wskazany na bilecie – w praktyce o prowadzenie dopingu z płotu. Prezydent nie tylko darował zakaz, lecz także zarządził zatarcie skazania. Kancelaria tłumaczyła ruch pozytywną opinią środowiskową, incydentalnym charakterem czynu i ustabilizowanym trybem życia.
I właśnie ten telefon jest tutaj najbardziej cholernie kłopotliwy. W grudniu 2025 roku Staruchowicz dodzwonił się do programu z udziałem Nawrockiego i publicznie poprosił o „mikołajkowy prezent”. Kilka miesięcy później zakaz znika. Można opowiadać o dokumentach, analizach i konstytucyjnych kompetencjach, ale obrazek zostaje prosty: zadzwonił właściwy człowiek, do właściwego człowieka, we właściwym programie.
Nie chodzi o robienie ze „Starucha” demona. Był oskarżony o handel narkotykami i został uniewinniony – tego nie wolno przemilczać. Ma jednak również inne wyroki w swojej historii, między innymi za uderzenie Jakuba Rzeźniczaka. To nie anonimowy kibic zmielony przez bezduszny system, tylko rozpoznawalna postać z wpływami, zapleczem i dostępem do największych mediów.
Dlatego decyzja Nawrockiego jest co najmniej politycznie głupia. Nawet gdyby zakaz był przesadzony, prezydent powinien uważać, żeby prawo łaski nie przypominało telefonicznego programu lojalnościowego. Bo wtedy państwo przestaje wyglądać jak republika, a zaczyna jak sektor VIP.
I to jest większy problem niż jeden gniazdowy wracający na płot.
