Są sparingi, po których trener mówi o „cennym materiale do analizy”. Są też takie, po których analityk powinien zamknąć laptopa, zgasić światło i udawać, że plik się uszkodził. Genoa przegrała z Bournemouth 1:10 i choć klub może wyciągnąć z szafy cały zestaw wymówek, wynik nadal wygląda jak błąd w aplikacji bukmacherskiej.
Mecz był nietypowy: cztery części po 30 minut, trzydziestu zawodników po stronie Anglików, dwudziestu trzech u Włochów, sporo juniorów i pełna rotacja. Jasne. Tylko że przez pierwszą godzinę Genoa grała składem zbliżonym do podstawowego i już wtedy dostała 1:4. Dwa gole padły z rzutów karnych, honorową bramkę zdobył Mikael Egill Ellertsson. Potem na boisku pojawiła się młodzież i zrobiło się naprawdę grubo.
Bournemouth nie jest dziś sympatycznym klubikiem z południa Anglii, który ma ładny stadion i marzy o utrzymaniu. To szósta drużyna poprzedniego sezonu Premier League, ekipa szykująca się do gry w Europie, z tempem i intensywnością, których Genoa zwyczajnie nie była w stanie wytrzymać. Różnica poziomów była brutalna, ale między „rywal był mocniejszy” a „przyjęliśmy dziesięć” jest jeszcze kilka pięter.
Największe pytanie dotyczy Daniele De Rossiego. Po co na tak wczesnym etapie przygotowań brać przeciwnika rozpędzonego, mocniejszego kadrowo i gotowego urządzić pressingowy wpierdziel? Można powiedzieć, że lepiej dostać po głowie w sierpniu niż w lidze. Tyle że taki rezultat nie buduje drużyny. On potrafi wejść do szatni, usiąść między zawodnikami i śmierdzieć przez kolejne tygodnie.
Cztery dni wcześniej Genoa wygrała 1:0 z Leicester, więc nie mówimy o zespole kompletnie rozłożonym. Tym bardziej 1:10 nie da się zamieść pod dywan tekstem o obciążeniach treningowych. To nie koniec świata, ale też nie „zwykła jednostka”. To ostrzeżenie napisane czerwoną farbą: kadra jest niedomknięta, młodzież niegotowa, a organizacja gry rozsypała się przy pierwszym poważnym teście.
Sparing nie daje punktów. Wstyd, niestety, zostaje w tabeli pamięci.
