John Stones wylądował w Mediolanie i wygląda na to, że za chwilę będzie można zamknąć kolejną transferową telenowelę. Anglik ma przejść badania, podpisać dwuletni kontrakt z Interem i zarabiać około czterech milionów euro za sezon. Bez kwoty odstępnego, bo z Manchesterem City pożegnał się po wygaśnięciu umowy. Czyli biznes po włosku: znaleźć uznane nazwisko, nie płacić za transfer i liczyć, że ciało jeszcze trochę wytrzyma.
Bo piłkarsko nie ma się tutaj nad czym specjalnie zastanawiać. Zdrowy Stones to nie jest żaden emeryt przyjeżdżający do Serie A odcinać kupony. To środkowy obrońca, który w najlepszym okresie był dodatkowym pomocnikiem Guardioli, wychodził z piłką wyżej niż niejeden numer „sześć” i potrafił rozwalać pressing rywala samym prowadzeniem futbolówki.
Zresztą Inter zna go aż za dobrze. W finale Ligi Mistrzów w 2023 roku Stones zagrał przeciwko Nerazzurrim jeden z tych meczów, po których człowiek zaczyna się zastanawiać, czy facet jest jeszcze stoperem, czy Guardiola właśnie wymyślił mu nową pozycję. City wygrało wtedy 1:0, a Anglik później dorzucił do gabloty najważniejsze europejskie trofeum.
Problem? Zdrowie. I to nie jest detal. W poprzednim sezonie urazy uda i łydki ograniczyły go do 18 występów. Inter bierze więc zawodnika wybitnie pasującego profilem do drużyny Christiana Chivu, ale jednocześnie takiego, którego trzeba będzie prowadzić z głową. Na mundialu Stones przypomniał jednak, że kiedy organizm nie protestuje, nadal potrafi grać na najwyższym poziomie – wystąpił pięć razy, a Anglia skończyła turniej na trzecim miejscu.
Jeśli Inter wyciągnie z niego 30-35 dobrych meczów w sezonie, to może być transfer z gatunku absurdalnie opłacalnych. Zwłaszcza że Stones zna już Manuela Akanjiego, a klub wciąż rozgląda się za Cristianem Romero.
Jeżeli jednak mięśnie znowu powiedzą „dość”, całe to piękne CV będzie można sobie oprawić w ramkę i powiesić obok gabinetu fizjoterapeutów.
