Harry Kane miał być łakomym kąskiem dla Barcelony, romantycznym transferem Tottenhamu i kolejną drogą zabawką Al-Hilal. Tyle że Anglik najwyraźniej uznał, że nie ma sensu wywracać sobie kariery do góry nogami. Według Bena Jacobsa napastnik jest gotowy podpisać nowy kontrakt z Bayernem Monachium. I trudno mu się dziwić.
Kane właśnie zakończył sezon z 73 golami w 65 meczach dla klubu i reprezentacji. Liczby z gry komputerowej, choć nawet tam ktoś pewnie sprawdziłby ustawienia poziomu trudności. Bayern zgarnął krajową potrójną koronę, Anglik seryjnie demolował obrońców, a w Monachium jest absolutnym centrum projektu.
Barcelona pytała o możliwość transferu, ale jej sytuacja finansowa od lat przypomina chodzenie po linie nad przepaścią z kredytem w kieszeni. Katalończycy widzą w Kane’ie alternatywę dla Juliana Alvareza, tylko że samo zainteresowanie niczego nie załatwia. Bayern nie ma powodu, by sprzedawać maszynę do zdobywania bramek, a Kane nie musi uciekać z Bundesligi, żeby udowodnić komukolwiek swoją klasę.
Powrót do Tottenhamu? Ładna historia dla ludzi, którzy lubią sentymentalne filmiki z fortepianem w tle. Sportowo byłby to jednak krok w tył. Kane odszedł z Londynu właśnie po to, by wreszcie wygrywać trofea. Teraz miałby wrócić, bo stadion ładny, kibice tęsknią, a okolica znajoma? Bez jaj.
Al-Hilal również złożyło kolejne podejście, ale Anglik nie wygląda na zawodnika, który już chce odcinać kupony. Ma 32 lata, nadal gra na kosmicznym poziomie i pozostaje w europejskiej elicie. Arabia może poczekać.
Po bolesnym odpadnięciu Anglii z mundialu Kane dostał chwilę na odpoczynek i poukładanie przyszłości. Wszystko wskazuje na to, że wybierze stabilizację. Bayern daje mu gole, trofea i status nietykalnego. Barcelona daje zainteresowanie, Tottenham wspomnienia, a Al-Hilal worek pieniędzy.
