W polskim internecie obowiązuje prosta zasada: kiedy ktoś przez dwadzieścia kilka lat utrzymuje się na szczycie, wcześniej czy później trzeba go sprowadzić do roli mema. Najlepiej jednym przejęzyczeniem czy nieudanym żartem. Cały dorobek można wtedy spuścić w kiblu, a człowieka sprowadzić do kilku memów, paru przejęzyczeń i historii z Tajlandii.
Tak właśnie w niektórych kręgach internetowych traktowany jest Mateusz Borek.
W różnych internetowych zakamarkach wyrósł wokół niego osobny gatunek twórczości. Każda maniera staje się dowodem pychy, każda dłuższa wypowiedź: przemądrzałości, każde mocniejsze zdanie: napinką. Borek może powiedzieć, że środkowy obrońca źle skrócił pole, a ktoś i tak odpowie cytatem o oprawkach z kokobolo. Śmieszne za pierwszym razem. Może nawet za dziesiątym. Za setnym zaczyna przypominać grupę ludzi, która weszła do restauracji, dostała dobre jedzenie, ale przez dwie godziny rechocze z krawata kelnera.
Problem z tą zabawą jest taki, że Borek naprawdę jest jednym z najważniejszych polskich komentatorów ostatnich dekad. Nie dlatego, że zawsze trafnie ocenia sytuację. Nie dlatego, że nie ma irytujących cech. Ma ich pewnie tyle samo co każdy facet, którego oglądamy przez kilkaset godzin rocznie. Jest ważny, ponieważ przez lata współtworzył język, którym polski widz opowiadał sobie wielkie mecze.
Liga Mistrzów, reprezentacja, gale bokserskie, mundialowe wieczory. W wielu z tych wydarzeń jego głos był częścią widowiska, a nie tylko dodatkiem do obrazu. Borek potrafił zbudować napięcie bez wrzasku od pierwszej minuty. Wiedział, kiedy docisnąć, a kiedy się zamknąć. Miał przygotowane historie, kontekst, liczby i nazwiska. Nie przychodził do kabiny z założeniem, że jakoś to będzie, bo przecież piłkarze pobiegają, a komentator pokrzyczy.
Komentarz sportowy nie polega na informowaniu, że piłka poleciała w lewo. Od tego widz ma oczy. Komentator ma rozumieć temperaturę meczu, znać jego bohaterów i wiedzieć, dlaczego pozornie nieistotna sytuacja może za chwilę rozsadzić całe spotkanie. Borek przez większość kariery to potrafił.
Oczywiście bywał napuszony. Bywał zbyt zakochany we własnych anegdotach. Czasem brzmiał tak, jakby przed transmisją odbył konferencję prasową z samym sobą i był zachwycony każdą odpowiedzią. Tylko co z tego? Dobry dziennikarz nie musi sprawiać wrażenia typa, z którym chcielibyśmy dzielić pokój na wyjeździe. Ma mieć warsztat, kontakty, pamięć, charakter i coś do powiedzenia. Borek ma.
Kanał Sportowy pokazał jego najlepszą i najgorszą stronę
Uruchomiony w 2020 roku Kanał Sportowy był projektem opartym na czterech wyrazistych nazwiskach: Borku, Michale Polu, Tomaszu Smokowskim i Krzysztofie Stanowskim. Po kilku latach wspólne przedsięwzięcie rozpadło się w atmosferze publicznej awantury. Stanowski odszedł jesienią 2023 roku, sprzedał udziały, a byli wspólnicy zaczęli rozliczać się przed kamerami.
Nie ma sensu udawać, że Borek rozegrał ten konflikt idealnie. Momentami mówił za dużo, za długo i ze zbyt dużą pewnością, że widzowie automatycznie przyjmą jego punkt widzenia. Stanowski z kolei zrobił to, w czym od lat jest świetny: przygotował własną opowieść, uporządkował argumenty, ustawił rytm debaty i sprawił, że druga strona musiała grać na wyznaczonym przez niego boisku.
Internet szybko wydał wyrok. Stanowski? Sprytny zwycięzca. Borek? Obrażony wspólnik, który nie rozumie nowych mediów. Tylko że biznesowy spór nie jest meczem, w którym rację ma ten, kto zrobił lepszy materiał na YouTubie.
Publicznie wiadomo, że między wspólnikami istniały pretensje dotyczące rozliczeń, zaangażowania, warunków sprzedaży udziałów i zobowiązań wewnątrz spółki. Borek zarzucał Stanowskiemu między innymi niedotrzymanie wcześniejszych ustaleń. Stanowski odpowiadał oskarżeniami o manipulacje i przedstawiał własną wersję rozpadu projektu.
Nie trzeba wierzyć Borkowi we wszystkim, żeby zauważyć jedną rzecz: nie uciekł od odpowiedzialności za firmę, kiedy zrobiło się nieprzyjemnie.
Został w projekcie, który po odejściu największego internetowego stratega został brutalnie zweryfikowany przez rynek. Kanał Zero już podczas pierwszego bezpośredniego starcia oglądalnościowego wyraźnie pokonał Kanał Sportowy. Borek mógł zamknąć drzwi, rozłożyć ręce i powiedzieć, że to wszystko nie ma sensu. Zamiast tego firmował projekt własną twarzą, choć wiedział, że każdy słabszy wynik zostanie mu wbity między żebra.
Można to nazwać biznesowym uporem. Można lojalnością. Można ambicją człowieka, który nie chce oddać meczu walkowerem. Na pewno trudno nazwać tchórzostwem.
Z programem politycznym ostrożnie, bo fakty to nie kibicowska oprawa
Wokół konfliktu zaczęła krążyć również opowieść, że Borek miał sprzeciwiać się politycznemu skrętowi Kanału Sportowego i nie chciał przykładać ręki do przekazu korzystnego dla PiS. Tutaj trzeba postawić sprawę jasno: nie ma wystarczających podstaw, żeby przedstawiać to jako udowodniony fakt.
W publicznych relacjach pojawiał się natomiast temat niewyemitowanego przed wyborami programu Krzysztofa Stanowskiego i Roberta Mazurka dotyczącego Donalda Tuska. Borek tłumaczył, że materiał miał wejść w okresie ciszy wyborczej, co stało się jednym z punktów późniejszej awantury.
Czy chodziło wyłącznie o kwestie prawne i termin emisji? Czy o linię programową? Czy wspólnicy uznali, że sportowy projekt nie powinien zamieniać się w pojazd pancerny jadący przez kampanię wyborczą? Z zewnątrz nie da się tego uczciwie rozstrzygnąć.
Dlatego zdanie „Borek nie chciał promować pisowskiej propagandy” jest publicystycznie efektowne, ale dowodowo kruche. Można powiedzieć coś innego: Borek miał pełne prawo nie chcieć, aby Kanał Sportowy stawał się kolejnym kanałem politycznym, niezależnie od tego, której partii miałoby to pomagać. I byłoby to stanowisko rozsądne.
Siłą Kanału Sportowego na początku nie było przecież to, że czterech facetów będzie tłumaczyło Polakom wybory parlamentarne. Siłą był fakt, że widz dostawał rozmowy o piłce, boksie, sporcie i jego zapleczu prowadzone przez ludzi, którzy znali ten świat od podszewki. Polityka dawała większe zasięgi, lecz jednocześnie zmieniała tożsamość projektu. Ktoś mógł uznać ten kierunek za szansę. Ktoś inny za zdradę pierwotnej umowy. Obie postawy są do obrony.
Borek płaci za to, że nie jest człowiekiem internetu
Największym grzechem Borka jest dziś chyba to, że nie został stworzony do epoki ironicznego półuśmiechu. Nie umie zawsze obrócić ataku w żart. Bierze słowa poważnie. Reaguje emocjonalnie, kiedy czuje się lekceważony. Chce prostować, tłumaczyć i dopowiadać, podczas gdy internet po dwudziestu sekundach nie słucha już argumentów, tylko wycina fragment pod mema.
To jego wada. Jednocześnie coś bardzo ludzkiego. Internet nie jest sądem najwyższym dziennikarstwa. Jest miejscem, w którym celna krytyka miesza się z obsesją, dowcip z nagonką, a uzasadniona niechęć z bezmyślnym powtarzaniem tych samych tekstów. Sam fakt, że pod tagami na różnych portalach poświęconymi Borkowi od lat pojawiają się agresywne wpisy, nie świadczy o jakości ich argumentów.
Można nie lubić sposobu, w jaki Borek opowiada o znajomościach. Można przewracać oczami, gdy kolejny raz przypomina, kogo spotkał przy ringu albo z kim rozmawiał w hotelu. Można uważać, że za mocno wszedł w świat freak fightów i że czasem bardziej pilnuje własnej pozycji niż interesu widza. Tylko uczciwy bilans nadal wychodzi na plus.
Borek zna futbol. Umie komentować. Potrafi rozmawiać z zawodnikami. Ma reporterski instynkt. Rozumie telewizję. Przetrwał zmiany pokoleniowe, technologiczne i obyczajowe, które wycięły z zawodu dziesiątki innych nazwisk. Nie utrzymał się dlatego, że ktoś przez ćwierć wieku robił mu przysługę. W mediach sportowych nie ma aż tylu cierpliwych filantropów.
Mateusz Borek nie jest pomnikiem. Pomniki nie popełniają błędów, bo są z kamienia. Borek jest człowiekiem ambitnym, drażliwym, czasem próżnym, czasem przesadnie teatralnym. Jest też jednym z ludzi, bez których historia polskiego komentarza sportowego byłaby zwyczajnie uboższa.

też tak myślę, Mati mimo wszystko to legenda polskiej piłki i należy mu się szacunek