Nie będzie cudu przy zielonym stoliku, dopisywania pięciu punktów ani nagłego powrotu Lechii do Ekstraklasy. CAS zakończył postępowanie, bo uznał, że nie ma jurysdykcji do rozpatrzenia odwołania. Innymi słowy: Trybunał nie odpowiedział, czy kara była słuszna. Powiedział tylko, że Lechia przyszła z tym tematem grubo po czasie. Regulamin przewidywał 21 dni, klub ruszył do Lozanny niemal rok później, a PZPN nie zgodził się na otwarcie furtki po terminie. Do tego rachunek za postępowanie zostaje w Gdańsku.
Paolo Urfer odpowiedział po swojemu: ironia, gratulacje dla władz związku, sugestia, że celowo doprowadzono do degradacji. Mocne? Jasne. Tylko że między ostrym komunikatem a dobrze zarządzanym klubem jest ogromna różnica. Można uważać karę minus pięciu punktów za przesadzoną. Można też mieć poważne zastrzeżenia do polskiego systemu licencyjnego. Ale jeśli skargę składa się po terminie, to nie jest żaden wielki spisek.
Najbardziej wkurzające jest to, że piłkarze wykonali robotę. Lechia zdobyła na boisku 43 punkty, strzeliła 62 gole – tyle samo co Lech Poznań – i sportowo nie wyglądała jak typowy spadkowicz. Problem w tym, że równie ochoczo rozdawała prezenty: 65 straconych bramek było najgorszym wynikiem ligi. Po odjęciu kary zostało 38 punktów, 16. miejsce i trzy oczka straty do bezpiecznego Piasta.
Teraz zaczyna się prawdziwy „burdel”. Urfer zapowiada sprzedaż najlepszych zawodników i budowę drużyny na awans, ale już 1 lipca PZPN nałożył na Lechię kolejny zakaz transferowy oraz blokadę rejestrowania nowych graczy do czasu uregulowania bieżących zobowiązań. Trudno składać ekipę do natychmiastowego powrotu, kiedy najpierw trzeba gasić pożary w księgowości.
