Jeszcze niedawno temat nowego kontraktu Viniciusa wyglądał jak formalność. Uścisk dłoni, zdjęcie z Florentino Pérezem, koszulka z napisem „202X” i jedziemy dalej. Tymczasem zrobił się z tego konkretny burdel kontraktowy.
Według najnowszych informacji Real postawił Brazylijczykowi sprawę jasno: oferta leżąca na stole jest ostatnia. Bierzesz albo klub zaczyna rozmawiać o transferze. Madryt nie zamierza wchodzić w sezon z zawodnikiem, któremu za rok wygasa kontrakt i który już od stycznia będzie mógł dogadywać się z zagranicznymi klubami.
I trudno się Realowi dziwić. Można kochać Viniciusa, można dostawać nerwicy od jego zachowania, ale jedno jest pewne: nie pozwalasz odejść za darmo piłkarzowi wartemu grubo ponad 100 milionów euro. Zwłaszcza gdy w ostatnim sezonie zrobił 22 gole i 14 asyst w 53 meczach.
Problem polega na tym, że Vinicius doskonale zna swoją pozycję. Kością niezgody od dawna mają być pieniądze i miejsce Brazylijczyka w klubowej hierarchii. Hiszpańskie media pisały nawet o oczekiwaniach finansowych zbliżonych do statusu Kyliana Mbappé. Real natomiast nie ma ochoty rozwalać drabinki płac tylko dlatego, że agent przychodzi do gabinetu z szerokim uśmiechem.
W tle czai się Arsenal, który obserwuje sytuację i ma możliwości, żeby zrobić wokół tematu trochę zamieszania. Tyle że tutaj zaczyna się informacyjny chaos. Sky Sports jeszcze 29 lipca podawało, że Vinicius zostanie w Madrycie, José Mourinho mocno na niego liczy, a klub jest przekonany, że porozumienie zostanie osiągnięte.
