Gianni Infantino chciał zrobić z mundialu produkt jeszcze bardziej finansowy niż jest obecnie. Pomysł FIFA Forward Enterprise zakładał wpuszczenie prywatnych inwestorów do spółki zarządzającej komercyjną stroną turniejów. Mówiąc po ludzku: kawałek mundialowego tortu miał trafić do ludzi, którzy na futbol patrzą głównie przez Excela. Plan został wycofany po potężnym oporze, ale smród został. Kolejne europejskie federacje publicznie odwracają się od reelekcji Infantino, a Anglicy szykują podobny ruch. FIFA miała pozyskać około 4,2 miliarda dolarów, sprzedając 20 procent przedsięwzięcia.
Na tym tle stanowisko PZPN brzmi znajomo: spokojnie, naradzimy się, pogadamy, zobaczymy, co zrobią inni. Sekretarz generalny Łukasz Wachowski podkreśla, że Polska nie będzie zwoływać nagłego posiedzenia i najpierw skonsultuje się z federacjami z grupy M8. Formalnie ma to sens. Skoro poparcie dla Infantino uzgadniano wspólnie, jego cofnięcie również powinno przejść podobną ścieżkę. Tyle że w polityce futbolowej „nie wychodzimy przed szereg” często oznacza po prostu: czekamy, aż ktoś odwali brudną robotę.
PZPN jest jednym z około 200 związków, które wcześniej podpisały się pod reelekcją obecnego szefa FIFA. Teraz nie zamierza palić mostów, szczególnie że wybory odbędą się dopiero w marcu 2027 roku, a kandydatów można zgłaszać do 13 listopada. Czasu rzeczywiście jest sporo. Problem w tym, że nie chodzi już wyłącznie o nazwisko prezesa. Chodzi o model zarządzania, w którym najpierw podejmuje się decyzje za zamkniętymi drzwiami, a potem wszystkim sprzedaje bajkę o rozwoju futbolu.
W tle przewija się nawet kandydatura Dariusza Mioduskiego. Na dziś to bardziej polityczny balon próbny niż realna kampania, ale sam fakt, że właściciel Legii pojawia się w takim kontekście, pokazuje skalę pęknięcia.
