Ferran Torres dał PSG sygnał: można działać. Nie ma jeszcze podpisów, prezentacji pod Wieżą Eiffla ani obowiązkowego filmiku z koszulką, ale kierunek został wybrany. Hiszpan chce, żeby paryżanie rozpoczęli rozmowy z Barceloną. A gdy zawodnik z rocznym kontraktem sam uchyla drzwi, zwykle nie robi tego po to, żeby zaraz je grzecznie zamknąć.
Torres nie jest w Barcelonie pierwszym nazwiskiem na billboardzie. Więcej światła zbierają Lamine Yamal, Raphinha czy kolejne transferowe marzenia Joana Laporty. Tyle że Ferran przez ostatnie miesiące robił swoje: strzelał, biegał, wciskał się na dziewiątkę, schodził na skrzydło i nie urządzał publicznego cyrku. W listopadzie 2025 roku dobił do 50 goli dla Barçy, choć przez sporą część pobytu traktowano go jak drogiego rezerwowego, którego wystawia się wtedy, gdy ktoś ważniejszy akurat odpoczywa.
Teraz sytuacja się odwróciła. Po zwycięskim golu w finale mundialu Torres ma mocniejszą pozycję negocjacyjną, a PSG widzi piłkarza pasującego do roboty Luisa Enrique. Nie gwiazdora domagającego się trzydziestu kontaktów z piłką przed oddaniem strzału, lecz napastnika, który atakuje wolną przestrzeń, pracuje bez piłki i może zagrać w kilku miejscach.
Barcelona twierdzi, że chce go zatrzymać, ale jednocześnie nie zamierza walczyć za wszelką cenę. Czyli klasyka: „jesteś ważny”, dopóki ktoś nie położy odpowiedniej kwoty. Kontrakt obowiązuje do czerwca 2027 roku, więc za kilka miesięcy Ferran będzie mógł rozmawiać z innymi klubami bez pytania Barçy o zgodę.
Problem w tym, że po odejściu Roberta Lewandowskiego Barcelona nadal szuka środkowego napastnika. Sprzedaż Torresa przed sprowadzeniem następcy byłaby sportowo ryzykowna, nawet jeśli księgowi otwieraliby szampana. PSG ma kasę, Ferran ma chęć, a Barça ma coraz mniej czasu.
