W Krakowie derby nie potrzebują boiska. Wystarczy mikrofon, konto na X i odrobina urażonej dumy. Najnowszy odcinek Świętej Wojny rozegra się więc nie przy Reymonta ani Kałuży, lecz przed Komisją Ligi.
Poszło o jubileuszowy sparing Wisły z Wrexham. Na trybunach pojawiło się około 23 tysięcy ludzi, a Jarosław Królewski – jak to Jarosław Królewski – nie przepuścił okazji, by sprzedać sąsiadowi szpilkę. Zestawił wynik Wisły z dużo słabszą sprzedażą biletów na spotkanie Cracovii z Sevillą. Potem do dyskusji wszedł Mateusz Klich z uwagą o terminowych pensjach, a prezes Białej Gwiazdy odpowiedział określeniem „Korupkowia”.
I właśnie to słowo zaprowadziło sprawę do gabinetów. Cracovia uznała, że zniekształcanie nazwy klubu przekracza granicę lokalnej szydery i złożyła skargę. Królewski odpowiada, że nie wymyślił historii, tylko nawiązał do faktu: w 2020 roku PZPN ukarał Cracovię milionem złotych i pięcioma ujemnymi punktami za korupcję z rundy wiosennej sezonu 2003/04.
Prawnie sprawa może być ciekawa. Po ludzku jest przede wszystkim małostkowa. Cracovia ma prawo bronić swojej nazwy, Królewski powinien wiedzieć, że prezes klubu nie jest anonimowym kibicem z forum, a Klich również nie wrzucił niewinnego przepisu na sernik. Każdy dołożył swoją zapałkę, po czym wszyscy zaczęli sprawdzać, kto pierwszy pobiegł po gaśnicę.
Najlepsze, że cała awantura wyrosła ze sparingów. Nie z derbów, walki o mistrzostwo czy transferu podebranego rywalowi. Z liczby sprzedanych biletów na mecze towarzyskie. Krakowski futbol potrafi zrobić konflikt z absolutnie wszystkiego, a potem nadać mu rangę sprawy ustrojowej.
Komisja Ligi może ukarać Królewskiego albo uznać, że była to ostra, lecz dopuszczalna polemika. Niezależnie od decyzji jedno już wiadomo: po czterech latach Wisła wróciła do Ekstraklasy, a temperatura derbów wzrosła, zanim piłkarze zdążyli kopnąć piłkę.
Źródło: Gazeta Krakowska/Meczyki
