Widzew miał ten mecz ustawiony pod siebie po ośmiu minutach. Rzut rożny, przedłużenie piłki i Steve Kapuadi z bliska zrobił 1:0. „Serce Łodzi” dostało szybki powód do hałasu. Problem w tym, że Korona potrzebowała kwadransa, żeby ten scenariusz podrzeć.
Najpierw Morgan Fassbender dopadł do dogrania Wiktora Długosza i uderzył z powietrza tak, że Bartłomiej Drągowski nie miał czego zbierać. Cztery minuty później Niemiec znowu był tam, gdzie spadła piłka po stałym fragmencie. Strzał pod poprzeczkę, 2:1 i cały rozpęd Widzewa zniknął.
Fassbender trafił do Kielc dopiero w lipcu z Bruk-Betu Termaliki. W poprzednim sezonie ligowym uzbierał trzy gole i dwie asysty w 29 występach, więc nikt nie miał szczególnych powodów robić z niego przyszłego postrachu ligi. W Łodzi wyglądał jednak jak człowiek, który dokładnie wie, po co przyjechał.
Korona po remisie z Legią wreszcie zgarnęła pełną pulę. Widzew znów miał momenty, ale podobnie jak w szalonym 2:2 z Motorem nie potrafił zamknąć spotkania, kiedy jeszcze miał je pod kontrolą.
Po przerwie gospodarze naciskali, była poprzeczka i próby rezerwowych, lecz Xavier Dziekoński dowiózł wynik. Korona nie zrobiła w Łodzi arcydzieła. Zrobiła coś cenniejszego: wykorzystała słabość rywala i nie oddała prowadzenia. To jej pierwsze zwycięstwo w sezonie.
Widzew Łódź 1:2 Korona Kielce
Bramki: Kapuadi 8′ – Fassbender 22′, 26′.
