Maciej Rybus wraca do polskiej piłki. 36-letni obrońca ma podpisać kontrakt z Pelikanem Łowicz, czyli klubem, w którym zaczynał karierę. Umowa ma obowiązywać do końca roku. Po czternastu latach od wyjazdu z kraju i dwóch sezonach bez profesjonalnego grania były reprezentant Polski schodzi do trzeciej ligi.
To nie jest transfer, o którym marzył Rybus. Bardziej próba odpalenia silnika, który od dawna stał pod plandeką. Rybus od kilku tygodni trenował w Łowiczu i nie ukrywał, że chciałby zamknąć karierę właśnie w Pelikanie. Klub dostaje głośne nazwisko, doświadczenie z Legii, Lyonu i rosyjskich zespołów oraz zawodnika z 66 występami w reprezentacji Polski. Brzmi potężnie, dopóki nie spojrzymy na kalendarz.
Ostatni profesjonalny kontrakt Rybusa wygasł latem 2024 roku w Rubinie Kazań. Wcześniej w Spartaku Moskwa grał mało, w Rubinie również nie był postacią pierwszego planu. Teraz ma 36 lat, długą przerwę za plecami i organizm, którego nie da się oszukać starym CV. Na poziomie trzeciej ligi technika może zrobić różnicę. Tyle że najpierw trzeba jeszcze nadążyć za chłopakami, którzy zapierdzielają, bo dla nich każdy mecz jest walką o lepszy kontrakt.
Powrót Rybusa nie będzie też zwykłą historią o wychowanku wracającym do domu. Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę piłkarz został w Rosji, a później podpisał umowę ze Spartakiem Moskwa. PZPN skreślił go z planów reprezentacji przed mundialem w Katarze. Rybus tłumaczył decyzję rodziną i życiem ułożonym na miejscu. Miał do tego prawo. Kibice mieli dokładnie takie samo prawo uznać, że to tłumaczenie ich nie przekonuje.
Pelikan bierze więc nie tylko byłego kadrowicza, ale też cały bagaż, którego nie da się zostawić w szatni. Jeżeli Rybus będzie zdrowy i naprawdę głodny gry, może w tej lidze wyglądać jak profesor. Jeżeli przyjechał wyłącznie postawić kropkę przy karierze, skończy się na kilku pełnych trybunach i rozczarowaniu.
