Najpierw Jan Bednarek powiedział wprost, że boisko w Coimbrze nie trzyma poziomu. Chwilę później sam dostał od tej murawy rachunek. Noga ugrzęzła, kolano poszło w niebezpiecznym kierunku, a Polak po przerwie już nie wrócił. Zamiast normalnego początku sezonu – badania, lód i znak zapytania przy nazwisku.
FC Porto zdobyło Superpuchar, ale świętowanie szybko zamieniło się w liczenie strat. Klub chce złożyć formalną skargę do portugalskiej federacji i sprawdza, czy może domagać się odszkodowania. Trudno się dziwić. Organizator bierze odpowiedzialność nie tylko za puchar, hymny i zdjęcia działaczy, lecz także za to, żeby piłkarze nie grali na kartoflisku pomalowanym na zielono. Porto alarmowało o stanie nawierzchni jeszcze przed spotkaniem. Potem uraz odniósł akurat zawodnik, który publicznie mówił, że warunki są do dupy. Subtelność tej historii naprawdę powala.
Bednarek nie jest w Porto turystą na rocznym kontrakcie. Po ośmiu sezonach w Anglii stał się ważnym człowiekiem defensywy „Smoków” i dorobił się funkcji wicekapitana. Jego brak przed ligowym startem z Alvercą oznacza dla Francesco Fariolego konieczność grzebania w ustawieniu już na dzień dobry. A przecież środek obrony to nie miejsce, gdzie trener chce urządzać casting pięć minut przed rozpoczęciem sezonu.
Czy Porto rzeczywiście wyciągnie od federacji pieniądze? To osobna wojna. Trzeba będzie wykazać, że kontuzja wynikała bezpośrednio ze stanu murawy, a federacyjne gabinety z pewnością znajdą trzy segregatory argumentów, dlaczego nikt niczego nie mógł przewidzieć. Skarga ma jednak znaczenie nawet bez odszkodowania. Ktoś wreszcie musi powiedzieć, że prestiżowego meczu nie organizuje się na powierzchni, która wygląda jak po festynie i dwóch ulewach.
