Przed mundialem Vozinha był przede wszystkim 40-letnim bramkarzem drugoligowego Chaves, któremu właśnie kończył się kontrakt. Po mundialu jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych golkiperów świata i nowym zawodnikiem Colo-Colo.
Kabowerdeńczyk nie wypłynął dzięki wzruszającej reklamie sprzętu sportowego ani sprawnemu agentowi. Po prostu zaczął bronić jak pojebany. Zachował czyste konto przeciwko Hiszpanii, późniejszym mistrzom świata, a w 1/16 finału długo trzymał Republikę Zielonego Przylądka przy życiu przeciwko Argentynie. Messi i spółka potrzebowali dogrywki, żeby wygrać 3:2. Vozinha kończył turniej jako jeden z jego największych bohaterów, choć jego reprezentacja nie wygrała ani jednego spotkania.
Teraz podpisał 18-miesięczny kontrakt z Colo-Colo. Nie z klubem zbudowanym wczoraj za pieniądze anonimowego funduszu, ale z chilijskim molochem, dla którego każde potknięcie wywołuje awanturę. W Santiago nie wystarczy ładna fryzura, mundialowa sława i miliony nowych obserwujących. Tam bramkarza rozlicza się z każdej piłki wypuszczonej przed siebie.
Prezes Aníbal Mosa otwarcie przyznał, że transfer ma sens zarówno sportowy, jak i marketingowy. Przynajmniej nikt nie próbuje wciskać kitu, że działacze od lat analizowali jego grę w drugiej lidze portugalskiej. Colo-Colo bierze zawodnika, który miesiąc temu stał się globalną sensacją, a przy okazji nadal potrafi bronić na poważnym poziomie.
Oczywiście pozostaje pytanie, czy mundialowy szał nie przykrył metryki. Vozinha skończył 40 lat, więc projekt długoterminowy to nie jest. Tyle że bramkarz nie potrzebuje już budowania marki ani czasu na adaptację do presji.
