Kacper Tobiasz zamknął drzwi przy Łazienkowskiej i tym razem naprawdę nie wraca następnego dnia na trening. 23-letni bramkarz został zawodnikiem Gaziantepu, z którym podpisał kontrakt aż do końca sezonu 2028/29. Pierwszy zagraniczny klub w karierze, nowe otoczenie i wreszcie okazja, żeby sprawdzić, ile naprawdę jest wart poza bezpiecznym środowiskiem Legii.
Bo z tym odejściem zrobiła się trochę dziwna historia. Kontrakt wygasł z końcem czerwca, Tobiasz pożegnał się z Warszawą, ale nowego pracodawcy długo nie było. Żeby nie siedzieć na kanapie i nie trenować refleksu przy PlayStation, dostał możliwość ćwiczenia z Legią. Elegancki gest klubu, choć dla samego zawodnika sytuacja raczej średnio komfortowa.
Teraz temat jest zamknięty. Gaziantep może nie brzmi jak transfer, po którym kibice zaczynają sprawdzać ceny lotów na finał Ligi Mistrzów, ale sportowo ten ruch ma sporo sensu.
Turecka liga dla bramkarza potrafi być brutalnie konkretnym testem. Sporo jakości z przodu, mecze nie zawsze przesadnie uporządkowane, trybuny żyjące każdą interwencją. Tobiasz akurat nigdy nie wyglądał na człowieka, któremu przeszkadza temperatura wokół spotkania. W Legii zaliczył 138 oficjalnych występów, zdobył dwa Puchary Polski i dwa Superpuchary, grał w europejskich pucharach, a rzuty karne momentami bronił tak, jakby specjalnie czekał na tę część meczu.
Oczywiście nie był bramkarzem bez wad. Przydarzały mu się błędy, zdarzało się, że więcej dyskutowano o jego zachowaniu niż paradach. Tyle że wciąż mówimy o zawodniku mającym dopiero 23 lata. Bramkarze w tym wieku zazwyczaj dopiero zaczynają poważną karierę, a on zdążył już zebrać bagaż, którego wielu nie ma przed trzydziestką.
W Gaziantepie spotka też Kacpra Kozłowskiego, więc wejście do szatni powinno być trochę łatwiejsze. Sam klub poprzedni sezon zakończył na 12. miejscu, także nie ma presji na zdobywanie trofeów.
I może właśnie tego Tobiasz teraz potrzebował. Nie większego nazwiska. Więcej grania i trochę świętego spokoju.
