Robert Lewandowski zamienił Barcelonę na Chicago i chyba szybko zrozumiał, że w MLS nie będzie żadnej spokojnej emerytury z drinkiem, palmą i trzema golami strzelanymi na stojąco. Jego nowa drużyna przegrała z New York City FC 1:3, a Polak przez całą drugą połowę oglądał z bliska, jak trudno zostać zbawcą zespołu, który wcześniej sam podpalił sobie chałupę.
Do przerwy było już 1:3. Obrona Chicago zachowywała się przy prostopadłych podaniach tak, jakby pierwszy raz zobaczyła piłkę lecącą po ziemi. Jeden ruch napastnika, jedno zagranie między stoperów i nagle wszyscy stali z minami ludzi, którym ktoś właśnie odholował samochód.
Nicolás Fernández huknął zza pola karnego, później trafili Agustín Ojeda i Malachi Jones. Chicago odpowiedziało jedynie golem Joela Watermana po stałym fragmencie. Czyli klasyka drużyny, która w normalnej grze nie potrafi stworzyć prawie niczego, więc pozostaje modlitwa przy rzucie rożnym.
Po przerwie wszedł Lewandowski. Piłka jednak nie zaczęła magicznie docierać w pole karne, obrońcy rywali nie rozstąpili się niczym Morze Czerwone, a wynik ani drgnął. Polak był odcięty, rzadko uczestniczył w grze i tylko raz zrobiło się wokół niego goręcej. Strzału z tego nie było, cudu również.
Trudno za ten występ specjalnie go biczować. Napastnik może biegać, pokazywać się i machać rękami, ale nie wyprodukuje podania samym nazwiskiem. Chicago wyglądało jak zespół bez planu awaryjnego, a Lewandowski został wrzucony w środek tego bałaganu z poleceniem: „Robert, zrób coś”. Niestety się nie udało.
New York City FC – Chicago Fire 3:1 (3:1)
1:0 Nicolas Fernandez 10 minuta
1:1 Joel Waterman 21 minuta
2:1 Agustin Ojeda 29 minuta
3:1 Malachi Jones 41 minuta
