Cristiano Ronaldo nie potrzebował konferencji prasowej ani wpisu na kilka ekranów, by wywołać dramę. Wystarczył jeden lajk pod nagraniem, w którym FIFA została nazwana organizacją mafijną, haniebną i skorumpowaną. Portugalczyk niczego oficjalnie nie powiedział, ale trudno uwierzyć, że człowiek tej skali nie rozumie, co robi w internecie. Zwłaszcza gdy temat dotyczy Lionela Messiego.
Materiał opublikowano przed finałem mistrzostw świata. Hiszpańscy dziennikarze przekonywali, że Argentyna była przepychana przez turniej, a Gianni Infantino marzy o kolejnym pucharze dla Messiego. Ronaldo kliknął serduszko i natychmiast uruchomił lawinę. Przypadek? Jasne. A świstak siedzi i obsługuje VAR.

CR7 polubił post, w którym autor nazywa FIFĘ organizacją mafijną. No jest grubo…
Argentyńczycy faktycznie zostawili za sobą sporo smrodu. Messi uniknął kary po wejściu korkami w rywala, Egipcjanie domagali się rzutu karnego po starciu z Mohamedem Salahem, a Szwajcarzy po odpadnięciu mówili wprost o jednostronnym sędziowaniu. Nie każda kontrowersja była oczywistym błędem. Wyrzucenie Breela Embolo dało się obronić przepisami. Tyle że gdy podobne historie układają się w serię, kibice przestają wierzyć w zwykły zbieg okoliczności.
O ustawieniu turnieju wciąż nie ma żadnego dowodu. Jest za to kompletna ruina zaufania do ludzi zarządzających światową piłką. Lata afer, politycznych układów, absurdalnych decyzji i traktowania kibiców jak bankomatów zrobiły swoje. Kiedy centrala próbuje coś wyjaśnić, brzmi jak typ złapany z ręką w cudzej kieszeni, który przekonuje, że tylko sprawdzał godzinę.
Cała teoria o koronowaniu Messiego dostała zresztą po łbie w finale. Hiszpania wygrała 1:0 po dogrywce, a decydującego gola strzelił Ferran Torres.
Ronaldo nie udowodnił więc żadnego spisku. Zrobił coś bardziej bolesnego: przypomniał, że oskarżenia wobec FIFA nie brzmią dziś jak szaleństwo. A to z pewnością zaboli FIFĘ.




